Stare Pryki w kosmosie!- „Wojna starego człowieka” John Scalzi

Ach, kosmos. Ostatnia granica, przez którą nasza cywilizacja usiłuje się przedostać od lat. Udało nam się wylądować na Księżycu, marzymy o Marsie, a najnowsze cuda techniki umożliwiają nam zrobienie zdjęć Plutonowi. Choć nie nazwę się zatwardziałym fanem science fiction, usiadłem do tego tytułu z zaciekawieniem gdzie zaprowadzi mnie słowo pana Johna Scalzi. Tym bardziej, kiedy z okładki spojrzał na mnie (z tego, co się orientuję) żołnierz z uniwersum Halo, miałem pewne przypuszczenia jakie smaczki zostaną mi zaprezentowane.

  Wspomnianą książką, jaka wpadła mi w ręce była „Wojna starego człowieka” pióra wspomnianego autora – Johna Scalzi z Ameryki. Nie mam zaufania do zachodnich recenzji gdzie pisano o niej w idealnym świetle. Co jednak szkodzi spróbować?

Jak to z książkami często bywa, zostałem zaskoczony.

Pierwszym z nich był fakt, że główny bohater, jakim jest John Perry jest siedemdziesięciopięciolatkiem! W tym momencie zatrzymałem się na chwilę. Moment – mówimy o walkach w galaktyce, samo słowo „wojna” w tytule bije po oczach. Myślimy o jakimś weteranie, może o jego ostatnich chwilach.

Szczerze to byłem święcie przekonany, że całość skończy się błyskawicznie jego wylewem jednak przede mną leżała książka z wydawnictwa „Akurat” zawierająca prawie 400 stron. Postanowiłem wrócić do lektury.

Jak to student, czytałem, kiedy miałem chwilę: przed wykładem (kiedy nie gadałem z kolegami), po wykładzie (kiedy nie szedłem do pubu z kolegami), w tramwaju (brak słuchawek), w domu (bez komentarza), w parku pomimo deszczu i tak dalej. Wertowałem kartka po kartce, coraz bardziej tonąc w galaktyce pełnej okrucieństwa, niezgody, wojny oraz starych ludzi z karabinami.

Nie chce tutaj rzucać spojlerami, więc specjalnie pomijam, co się z nimi stało i jakim sposobem ludzie z wolna dobijający mocno sędziwego wieku byli w stanie walczyć. Warto jednak powiedzieć, że sprawcą całości był SOK– Siły Obronne Kolonii. Ludzie zajmujący się (kto by zgadł) obroną osad ludzkich w galaktyce, zdobywaniem nowych planet oraz walką z wrogimi rasami.

Naprawdę ucieszyło mnie wiele idei, które i ja podzielam i które autor zawarł w swoim debiutanckim dziele. Po pierwsze kosmici. Bóg jeden wie, jak wyglądają oraz jak będą reagować, gdy zobaczą naszych. Jedni uznają nas pewnie za dobry posiłek, a inni albo nas zabiją, albo nam pomogą. Proste, nie? Właśnie nie do końca. Jednak przyjazny, czy niebezpieczny wygląd może być całkowicie odmienny od ich czynów wobec naszej rasy. Tak jest i tu.

Na wojnie, tu na Ziemi, są pewne reguły. Działa wywiad, który idealnie może ukryć się w szeregach wroga. Wszyscy jesteśmy ludźmi i walka ma swoje zasady. Jednak każda kolejna potyczka w przestrzeni, jak również na kolejnych planetach będzie coraz to nowszym doświadczeniem. Nieważne ile razy spotykamy taką, czy inną rasę, na polu bitwy nie będzie dwóch identycznych potyczek. Za każdym razem zaczniemy od początku niczym dzieci, wchodząc we mgłę zdarzeń. Horror, jaki nas czeka może okazać się ostatnim, co przyjdzie nam zobaczyć.

Tym mi zaimponował pan Scalzi. Mówiąc kolokwialnie, na chłopski rozum, wziął wiele aspektów, jakie raczej będą miały miejsce w kontakcie z kosmitami. Nie zawsze nasza eksploracja czy ekspansja będzie mile widziana. Planet, które można osiedlić nie jest cały wszechświat, ale tylko jego część. No chyba, że ktoś próbuje zasiedlić Merkurego, Wenus czy Jowisza dla przykładu.

Pojawiły się także rzeczy, które mocno mnie zniesmaczyły lub zwyczajnie nie przypadły do gustu. Wręcz niezniszczalna broń osobista z magazynkiem potrafiącym wygenerować różne typy amunicji, od pocisków konwencjonalnych po żywy ogień przez plazmę. Do tego karabin, który nie wymaga wglądu gdyż sam potrafi o siebie zadbać. Kiedy przeczytałem to po raz pierwszy nie wiem, czemu wyobraziłem sobie metalowego kota, który ma gdzieś człowieka i sam się myje językiem z papieru ściernego.

Technologia pełną parą jednak tylko dla określonych wyjątków (patrz: żołnierzy). Nieważne, że mamy bronić kolonistów. Zostawmy ich, niech radzą se sami, a my postrzelamy nad ich głowami. Unowocześnienia ciała, komputer w mózgu, który właściwie żyje za ciebie, generalnie ciało greckiego boga na usługi emerytów. Jak dla mnie ma to sens, kiedy pomyśleć o fakcie, że sięgający sędziwego wieku człowiek ma za sobą lata doświadczenia, a rekrut jeszcze z mlekiem matki na szczecinie pod nosem nie. Kto się da łatwiej zabić? Obaj! Tu mój zgrzyt. Wtedy po co? Człowiek nie jest idealny; do końca będzie bronił swoich przekonań, dając się za nie zabić. Albo zwyczajnie będzie miał pecha i podnosząc głowę trafi na snajpera.

Ostatnią rzeczą, do której miałem i obiekcje, i swoistą radość, że się pojawiły, były nasze ludzkie bluzgi. Jak to na wojnie pojawiają się zawsze. Ba, nawet nie musi trwać wojna, by były w ogólnej codzienności. Tu było ich jednak dużo. Wręcz za dużo. Od pewnego momentu mogłem jedynie się modlić o to by w końcu znaleźć fragment ich pozbawiony.

Niestety na próżno.

Zbierając jednak wszystkie myśli stwierdzam, że spodobała mi się nowa lektura. Brutalna – co lubię – i mocno nachalna w przekazywaniu informacji różnej treści. Jak dla mnie osiem na dziesięć, jeśli by ustalić skalę, jednak radzę abyście przekonali się sami. Jeśli lubisz Star Wars czy Star Treka zrób sobie, człowieku, przerwę i leć tam, gdzie wzrok nie sięga.

Prosto z gwiazd nadał Gawęda. Bez odbioru.

Powiązane posty

Dodaj komentarz