Nihilizm i strach w społeczeństwie informacyjnym – o #upale Michała Olszewskiego

„Pokochaj szarość życia” – tak brzmi napis wywieszony w sali, w której grupową terapię przechodzą osoby uzależnione od internetu. Jedną z nich jest Fej – dziennikarz, narrator opowieści o niedalekiej przyszłości, w której rytm życia wyznaczają newsy, a pojęcie specjalizacji jest warte tyle co wiadomości sprzed tygodnia. Zapożyczone z heroinowych odwyków hasło w dobitny sposób opisuje rzeczywistość pozbawioną wibrującego sprzętu, i choć historie uzależnień opowiedziane w skrócie przez Feja brzmią sensacyjnie, kryje się za nimi pustka. Niektórzy ludzie, zdaje się mówić Olszewski ustami bohatera, są w stanie odnaleźć się tylko w świecie wirtualnym (którym jest także informacyjna bańka). Dlatego gdy specjalista od newsów opuszcza w końcu znienawidzony ośrodek, bez większych oporów wraca do dawnego życia.

Ośrodek dla uzależnionych to tylko jedno z ponowoczesnych „miejsc straszliwych” w powieści – z podobnym strachem Fej wspomina rodzinne miasteczko i domek w górach, gdzie nie mógł złapać zasięgu. Zresztą nie tylko on czuje niepokój – każdy z bohaterów jest non stop podłączony do mediów; jego redakcyjni znajomi wciąż albo zdają relacje z ćwiczeń fizycznych wykonywanych w gabinetach, za które zyskują setki serduszek, albo nagrywają live najpopularniejsze wydarzenia w mieście. Podobnie poza pracą – snapują, ćwierkają, ślą zdjęcia na tablice. Na słowa Tego Typa Mesa, fantazjującego w jednej ze swoich piosenek (już w 2011 roku!) o „Światowym Dniu bez Facebooka”, spojrzeliby najpewniej z pobłażliwym uśmiechem. W społeczeństwie ukazanym przez Olszewskiego cisza jest destrukcyjna, brak wydarzeń przeraża bardziej niż psychosomatyczne schorzenia wynikające z operowania nadmiarową ilością informacji. Trzeba jednak przyznać, że panorama Olszewskiego jest ograniczona – obejmuje dziennikarzy, graczkę komputerową i nieliczne postacie epizodyczne.

To jednak nie powieść środowiskowa, jak chcieliby niektórzy recenzenci. Dziennikarstwo to tylko pretekst – #upał opowiada bowiem o powszechnym tchórzostwie – niewidzialnym, bagatelizowanym – pchającym do tego, by w mętnych chwilach zawieszenia pod byle pretekstem sięgnąć po smartfona. Wymyślono nawet specjalny termin opisujący leniwe przeglądanie telefonu na przykład w komunikacji miejskiej – smart boredom. Ten gest – z pozoru niewinny – skrywa tyleż twórczy, co niebezpieczny element doświadczenia ludzkiego. To lęk – pojęcie-klucz w wypartej samoświadomości Feja, rozbudzonej dopiero pod wpływem syntetycznych narkotyków. Psychomachia z własną pamięcią po zażyciu bliżej nieokreślonego psychodeliku, jeden z najciekawszych powieściowych epizodów, wyrasta z chronicznego doświadczania nudy – największego wroga, grzechu głównego w patchworkowym systemie wartości. Dziennikarz walczy z nią za pomocą hałasujących urządzeń i niepowstrzymanych myśli, trzyma rękę na przyspieszonym pulsie świata, by – jak sam twierdzi – nie czuć własnej zbędności. Więcej – pęd daje mu szczęście, nasyca  informacyjny hedonizm, daje poczucie robienia czegoś ważnego. Ale co jest ważne? Wszystko – odpowiada Fej, nieświadomy tego, że tkwi w pułapce relatywizmu, w sprawny sposób ukazanej przez Olszewskiego w scenie spowiedzi bohatera czy w obrazie poszarpanych relacji rodzinnych. Łatwo jest porzucić wszelkie zasady, gdy domyślnym sposobem przetwarzania świata i idei jest płytkie przeglądanie wygenerowanych przez algorytmy słów-kluczy. A takich dziennikarzy newsowych wymaga rynek – znających się na wszystkim po trochu.

Fej nie istnieje. Jest kreacją, hiperbolą, krzywym lustrem, w którym możemy się przejrzeć. Choć książka nie daje żadnej nadziei na happy end, w pierwszej chwili po lekturze myślimy z ulgą: „jak dobrze, że nie jestem jak on!”. Ale czy na pewno? Czy nie pozwalamy, by lekturę czy oglądanie filmu, te ostoje kontemplacji, przerywały nam powiadomienia i wiadomości z naprawdę ważnymi linkami i obrazkami? Od znajomego pracującego na uczelni usłyszałem, że owszem, irytuje go plaga smartfonów na zajęciach, ale nie jest w stanie nic zrobić, bo możliwość bycia online  przez cały czas jest jak nowe prawo człowieka. Podobne opinie można znaleźć w  #upale, którego całe akapity inspirowane są esejem Jonathana Crary’ego – 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu. Poczynając od opisu eksperymentów nad radykalnym ograniczeniem  czasu snu, autor snuje wizję podmiotu dosłownie nieustannie podpiętego pod międzynarodową sieć. Ostrzega czytelników, że to właściwie stanowi domyślny, logiczny punkt dojścia niektórych nurtów ideologii transhumanizmu.

Idąc tropem Crary’ego, Olszewski stawia celną diagnozę. Przyglądając się rozchwianej kondycji współczesnego człowieka, stara się zanalizować system etyczny użytkowników sieci, którymi dziś jest większość światowej populacji. Ale nie robi tego po to, by umoralniać. Jego cele są inne, a wyraźnej wskazówki dostarcza okładka książki: potrzebujemy momentu jasności, by zadać fundamentalne pytanie – co z tego wszystkiego wyniknie? Czy nie prześpimy momentu, w którym ktoś podejmie decyzje za nas? Autor próbuje przekonać czytelników, by na chwilę zatrzymali się i spróbowali wziąć odpowiedzialność za własne wybory. Ale czy to jeszcze możliwe?

Powiązane posty

Dodaj komentarz