Granice aktorstwa i teatru politycznego – o „Mefiście” w Teatrze Powszechnym w Warszawie

Czy artysta może być opętany? W jakie związki wchodzi teatr z demoniczną władzą? Czy polskie sceny nawiedza duch Hendrika Höfgena – aktora wcielającego się w postać Mefistofelesa jako naczelna gwiazda III Rzeszy w powieści Klausa Manna? Na te pytania próbuje odpowiedzieć „Mefisto” – spektakl Agnieszki Błońskiej, złożony z doświadczeń „Klątwy” oraz atmosfery społecznego wzburzenia, która towarzyszyła jej wystawieniu w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Nie jest to zresztą debiut przedstawienia na jego deskach – po raz pierwszy pojawił się w 1983 r. jako echo stanu wojennego oraz ówczesnych represji stosowanych przez władzę, by uciszyć aktorów. Jedną z nich była Maria Robaszkiewicz, obecna „symbolicznie” w nowej odsłonie spektaklu. Decydując się na historyczne powtórzenie, reżyserka zdaje się mówić: jest gorzej, niż myślicie.

Przed premierą należało rozstrzygnąć podstawową kwestię: czy „teatr, który się wtrąca” powinien być fikcyjny? Pytanie to padało już przy okazji recepcji „Klątwy”, między innymi w kontekście sceny, w której Karolina Adamczyk (grana, tak jak w „Mefiście”, przez samą siebie) ogłasza zbiórkę pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego. Intuicja podpowiada, że słowa aktorki to jedynie chwyt artystyczny. W teatralnym tu i teraz nikt na serio nie grozi byłemu premierowi śmiercią. Jednak ta sama intuicja waha się w przypadku „Mefista”. Nie chodzi już tylko o polityczną prowokację i społeczną satyrę, wobec których transgresyjność kategorii teatralnych pełni rolę instrumentalną. Moim zdaniem spektakl idzie o krok dalej. Aktorzy nie mówią już w imieniu liberalnej części społeczeństwa, ale w swoim własnym, i co najważniejsze – robią to na scenie, nie w mediach. Jednocześnie grają i nie grają – zza umownej choreografii i scenografii wybija zupełnie niefikcyjny bunt.

Bunt, trzeba od razu zaznaczyć – dwuznaczny, bo niepozbawiony ironii. Choreograficznym leitmotivem spektaklu jest kankan. Jego sens jest przewrotny – z jednej strony wydaje się, że aktorzy podporządkowują się muzyce (ich ruchy są zsynchronizowane, a prawe ręce unoszą się w wiadomym geście), z drugiej – wyrażają swoje nieskrępowanie charakterem tańca. Wygląda to na niebezpieczne połączenie estetyki faszystowskiej z rozpustą, znamienne dla realiów III Rzeszy lub, szerzej, dla każdego społeczeństwa, któremu narzuca się purytańskie wartości. Ironia demaskuje hipokryzję władzy, której przedstawiciele łamią prawo i  postulowane normy etyczne.

Buntuje się także Klara Bielawka, gdy naga staje bez ruchu w świetle reflektora, wystawiając ciało na widok publiczności. Wydaje się, że w tym przypadku nagość to nie tylko środek doraźnej ekspresji czy, jak sądzą niektórzy teatralni sceptycy, tani, „kontrowersyjny” chwyt. To osobista wiadomość aktorki do opresyjnego społeczeństwa: ciało nie jest narzędziem Matki Polki, jest rzeczywiste, wiążą się z nim seks, wstyd i, jak się okazuje, polityka, co jest zupełnie zrozumiałe z uwagi na ogólnopolską mobilizację ruchów kobiecych w ostatnim czasie. Jeśli władza i społeczeństwo nienawidzą cielesności i jej przymiotów – należy nią atakować,  oswoić opinię publiczną z irracjonalną fobią, wykazać się odwagą, której ona nie ma. Znamienne, że kontrastem dla Bielawki jest Aleksandra Bożek – ubrana w czarne kozaki ze swastyką oraz luźną koszulę tego samego koloru z biało-czerwoną przepaską na ramieniu, łącząca – trzeba niestety przyznać, w nieco efekciarski sposób – estetyki nazistowską i partyzancką.

Do najbardziej efektownych scen w przedstawieniu niewątpliwie należy stylizowany na koncert rapowy występ Oskara Stoczyńskiego, który odwołuje się do klisz tak zwanego rapu patriotycznego, garściami czerpiącego z mitologii narodowej i typowych gestów. Aktor wykrzykuje: wrogowie ojczyzny czyhają na każdym kroku! Nawołuje do wrogości w imię wolności. I robi to naprawdę sprawnie – parodiując raperów, przewyższa umiejętności niektórych z nich.

Trudno powiedzieć, czy przeżywamy czas, w którym potrzebujemy reinterpretacji „Mefista”. Prawie sto lat po oszałamiającej karierze Höfgena teatralna ekspresja nie musi już kryć się za maską Fausta. Aktorzy mogą, i przede wszystkim chcą, mówić wprost o społeczeństwie. Wytwarzają przy tym zupełnie nową formułę artystyczną – nie są już zbuntowanymi Kordianami, Konradami z Wyzwolenia czy innym z licznym bohaterów kontynuujących tradycje romantyczne. Artyści Teatru Powszechnego proponują raczej bunt obywatelski, a nawet jeśli nie zgadzamy się z ich wizją społeczeństwa, warto dać „Mefistowi” szansę i wysłuchać aktorów – choćby ku przestrodze.

Dodaj komentarz