Więcej niż książka– wywiad z Michałem Gołkowskim

Michał Gołkowski – pisarz, któremu zawdzięczamy wprowadzenie uniwersum czarnobylskiego stalkera na polskie półki. Rocznik stanu wojennego, z wykształcenia lingwista, pracuje jako tłumacz polsko-angielsko-rosyjski. Z zamiłowania historyk wojskowości.

Nie tak dawno miałem przyjemność zamienić z Panem Michałem kilka słów i dziś, moi drodzy, z przyjemnością mogę się wam pochwalić naszymi pogaduszkami! Poznajcie pisarza Michała Gołkowskiego.

 

 

Gawęda: Co zainspirowało cię do napisania swojej pierwszej książki oraz czemu była ona w uniwersum stalkera?

Michał Gołkowski: „Pierwszej” w znaczeniu którym? Pierwszej opublikowanej czy może pierwszej, która z założenia miała być książką? Czy może „dlaczego w ogóle zacząłem pisać coś, co miało stać się książką, a nie stało?” A tak na poważnie: kiedy wziąłem się za „Ołowiany Świt”, te równo cztery lata temu, miałem już– mam nadal– zaczęty projekt powieści łotrzykowskiej w XII-wiecznym Konstantynopolu. Ale szło mi to trochę opornie i moja Asia powiedziała pewnego wieczora: „A weź ty coś w tym twoim stalkerze napisz, tak dla odskoczni”. No i napisałem.

G: Twoje książki odbiegają od siebie zarówno samymi światami, jak i czasem czy miejscem, a jednak wszystkie skupiają się na szeroko pojętej postapokalipsie. Co sprawiło, że zająłeś się właśnie tym trudnym dla niektórych tematem?

MG: „Postapokalipsa” to termin szeroko używany i radośnie nadużywany w dzisiejszych czasach. Trudno nazwać takową np. czasy po upadku ZSRR, albo okres Wielkiej Wojny… A mimo to wszystkie „moje” okresy łączy jedno: to czasy trudne dla ludzi. Chwile, gdy posypał się dotychczas znany świat, a moi bohaterowie muszą odnajdować się (lepiej bądź gorzej) w nowej, odmiennej rzeczywistości. Takie postawienie sprawy pozwala mi bardzo mocno podkreślić charakter człowieka i dokonywane przez niego wybory, słowem: dać wam wyrazistego, plastycznego bohatera.

G: Na co najbardziej zwracasz uwagę, pisząc kolejne książki oraz czy zmieniłbyś coś w tych, które już stoją na półkach bibliotek?

MG:  Och, to ciągła ewolucja. Zaczynałem od zabawy słowem i aspektu technicznego pisania, od rozbudowanych opisów i kwiecistego słownictwa. Teraz skupiam się raczej na kreśleniu jak najbardziej wyrazistych wrażeń w jak najmniejszej ilości słów. Coraz bardziej zależy mi na strukturze i tempie narracji, która powinna układać się jak utwór muzyczny: tu szybciej, tu wolniej, tam znów staccato, następnie chwila oddechu, jakiś ozdobnik… Gdybym miał zmieniać cokolwiek, to chyba zmieniłbym wszystko. Od deski do deski. Dlatego unikam nawet otwierania tych książek, które już napisałem.

G: Nadchodząca książka będzie trzecią odsłoną przedstawionej przez ciebie historii na temat Wielkiej Wojny. Dlaczego zająłeś się tematem tego okrutnego konfliktu?

MG: Bo nie zrobił tego nikt przede mną. To znaczy, owszem- byli autorzy piszący o czasach Wielkiej Wojny, ale przeważnie- albo wręcz zawsze- były to książki osadzone stricte w realiach historycznych. Mnie natomiast brakowało elementu popkultury, takiego odbrązowienia tej wojny. Chciałem pokazać, że to czasy i temat nie mniej płodny i interesujący od, powiedzmy, jej młodszej siostry, która doczekała się niezliczonej ilości filmów, komiksów, muzyki, opowieści, seriali i temu podobnych. Moim marzeniem było i jest nadal zaciekawienie czytelnika okresem, z którego istnienia mógł do tej pory nawet nie zdawać sobie sprawy.

G: Czego po doświadczeniach z innych uniwersów oraz po dwóch poprzednich powieściach serii może się spodziewać czytelnik, który przeczytał już niejedną twoją książkę, a czego osoba, jaka do tej pory nie trzymała nawet w rękach ani jednego twojego dzieła?

MG: Czegoś zupełnie innego. Nie lubię powielać wzorców, mam alergię na wtórność– dlatego też „Konigsberg” będzie powieścią, jakiej u mnie jeszcze nie było. Zawiła, wielopłaszczyznowa fabuła, cały wachlarz równie mocnych i równo planowych bohaterów; i wreszcie- kobiety. Po raz pierwszy odważyłem się napisać o nich tak, jak na to zasługują, bo wcześniej zwyczajnie nie byłem na to gotowy. Co mógłbym powiedzieć komuś, kto dopiero zaczyna przygodę z moją literaturą? Romans szpiegowski z krwi i kości, pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika dobrej literatury detektywistycznej.

G: Co byś zrobił gdyby zaproponowano ci ekranizację jednej z twoich książek bądź też całej serii?

MG: Pewnie bym się popłakał ze szczęścia. Jestem strasznie ciekaw tego, jak moje dzieła odbierają inni, co potencjalny reżyser mógłby czy chciałby zmienić, jak poprzesuwać akcenty. To niezmiernie ciekawe doświadczenie: móc ujrzeć jak opowieść rodzi się na nowo i wyłania na świat w nieco zmienionej formie.

G: Dziękuję ci uprzejmie za poświęcony czas! Czy chciałbyś coś powiedzieć naszym czytelnikom?

MG: To ja dziękuję wam za to, że jesteście. Bez was książka to… to tylko papier i farba. Opowieść o Konigsbergu jest martwa, dopóki nie otworzycie książki – i to tylko w waszych oczach i umysłach ożywa na nowo, gdy utracone i zapomniane miasto północy wraca do życia w opowieści o Teodorze Grossmannie.

Powiązane posty

Dodaj komentarz