Święta odwołane – Kevina nie będzie!

Djogi Mikolaju! To ja. W tym roku teź zobacymy Kevina?

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tegoroczna Wigilia – tegoroczne Boże Narodzenie – odbędzie się bez pewnego wyjątkowego szczegółu. Na ekranach naszych telewizorów nie zagości przez wielu uwielbiany (i znienawidzony zarazem), dzieciak. Jednak bez paniki! Właściwie, to na podstawie zapowiedzi, nie zobaczymy tylko tej dobrze wszystkim znanej pierwszej części. Druga zaś, znana pod szyldem Nowego Yorku, powinna się pojawić na naszych ekranach. Spekulacje, czemu Polsat podjął taką, a nie inną decyzję, można ciągnąć godzinami, lecz nie dlatego piszę dla Was ten tekst.

Jak człowiek pomyśli, że „Kevin sam w domu” (czy „Home alone”, jak głosi oryginalny tytuł) ma już prawie 30 lat, zaczyna czuć się naprawdę stary. Przynajmniej ja tak mam. Jeszcze bardziej zaskakujące jest dla mnie, że myślałem, iż jesteśmy równolatkami.

Kevin miał swoją premierę w Polsce na dwa lata po reszcie świata (klasycznie) to jest w 1992. Dokładnie 25 polskich Wigilii minęło od tamtego czasu. Po oryginale wyszedł sequel o naszym rozrabiace w jednym z amerykańskich gigantów, jakim jest miasto Nowy York. W filmie, nawet przez krótki moment, możemy zobaczyć obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, nim zaczął jeszcze myśleć,  że kiedykolwiek nim zostanie.

Warto napomknąć, że poza tymi dwoma, było jeszcze kilka innych odsłon serii (jeśli można tak to w ogóle nazwać), ale uwierzcie mi, że każda kolejna podróbka Kevina bez Macaulay’a Culkina w roli głównej to nie to samo – a same „kontynuacje” były moim zdaniem beznadziejne. Kevin kończy się na części drugiej i tyle.

Wracając.

Osobiście, zawsze pamiętam, jak w Święta wszystkie dzieciaki zbierały się przed ekranem kineskopowym telewizora, by po raz kolejny móc obejrzeć poczynania Kevina. Roześmiane twarze rechotały jeszcze głośniej, kiedy jeden małolat rozgramiał dwóch mocno nierozgarniętych bandziorów. Oglądanie Kevina miało swoje dwie sztandarowe zalety. Po pierwsze, można było uciec od dorosłych i ich durnych pytań (w szczególności babć, które spodziewały się od nas partnerów miłosnych, kiedy mieliśmy zaledwie po osiem lat.)

Szykując się do headshota.

Cinuś, masz już dziewczynę? – rozochocone spojrzenie babci wwiercało się w moją głowę niczym diamentowe wiertło.

O, Kevin się zaczyna! – uciekałem, choć nic nie wskazywało, by przerwa reklamowa miała się szybko skończyć.

Po drugie, ciekawy był fakt, że VHSy to było naprawdę coś, a Kevina w rzeczywistości nikt nigdy nie widział poza stacją Polsatu. Odtwarzacz mieliśmy w domu (dzięki niemu pokochałem Gwiezdne Wojny), który może nie był najlepszej jakości, ale jak to mówią, ważne, że w ogóle był! Filmy potrafiły się zacinać, biały szum czasem zasłaniał ekran, lecz nasz maluszek dzielnie walczył prześcigając Słońce w osiąganej temperaturze. Jednak, kiedy usilnie błagało się dorosłych by raz pomyśleli i nagrali nam Kevina, odmowa była zawsze pewnikiem, a tony kaset z brazylijskimi telenowelami walały się wszędzie (bo przecież babcia je lubiła.) Nieważne, że nie obejrzała żadnej. Podobnie było w sprawie romansideł za piątaka z kiosku (a na Giganta to już nie było!)

Tak, ten film był niepodważalnie pewnym luksusem dla nas, dzieci. Dzisiaj zresztą też jest. Nie trzeba gadać o polityce, słuchać często bezsensownych problemów o miłościach albo mądrości starszyzny: „Bo za komuny było inaczej”. Ech… Była to nasza swoista tradycja. Między innymi dzięki niej z radością czekało się na kolejne Święta. Będzie mi trochę tego brakowało. Muszę nacieszyć się Nowym Yorkiem, bo tych wszystkich cudnych filmów o ratowaniu Świąt nie zniosę (co roku, jak mantra.) Bez przesady, toć to paść można.

                Tak też wesołych Świąt, moi drodzy! Jakoś to będzie.

Gawęda

Wszystkie zdjęcia pochodzą z serii filmów „Kevin sam w domu” Johna Hughe’a reżyserii Chrisa Columbusa.

Powiązane posty

Dodaj komentarz