Poranek na dziesiątym piętrze #5

Prolog: Poranek na dziesiątym piętrze – seria luźnych rozmyślań ukazujących życie studenckie w krzywym zwierciadle. Opracowane na podstawie historii własnych, zasłyszanych i tych zmyślonych również. Treść nie jest formą autobiografii, autoterapii i innych samochodów. Fikcja literacka w pełnej okazałości, ukazana pod postacią splotu cynicznych refleksji.

 

Rozdział piąty

„Nihil novi sub ūniversitāte”

            Nowy semestr, nowa ja, nowe rozczarowania. Pomijając kontynuację felernego wf-u, mój zapał naprawdę zgasł po konfrontacji cudownie brzmiących przedmiotów z rzeczywistością. Proporcjonalność odwrotna. Im bardziej przebojowa nazwa, tym starszy i nieogarnięty wykładowca będzie prowadził ten przedmiot. Program może być realizowany w formie zerżniętej z Internetu prezentacji (czytanej słowo w słowo), wzruszeń nad swą wyjątkową autobiografią lub tkliwymi wspominkami PRL-u. Czasem puści się film i przyśnie na fotelu lub przez półtorej godziny krytykuje politykę, pogodę i komunikację miejską. Co więcej, zaspałam, jak zwykle, na zapisy na fakultety. Widząc zerojedynkową liczbę miejsc, wcisnęłam się beznamiętnie tam, gdzie zajęcie nie kończyły się o 20:00. Żegnaj, wolny piątku.

            Siedzę zmęczona i walczę z powiekami. Notuję wszystko jak leci, nie mając pojęcia co dokładnie. Sortowanie informacji potrzebnych i niepotrzebnych sięgnęło zenitu skażenia. Takiego wysypiska nie miałam w głowie przez całe życie, co nazbierało się w tym tygodniu. Życie jak w Madrycie (czy też Czarnobylu). Jestem niczym pszczoła robotnica, tyle, że zamiast z kwiatka na kwiatek skaczę z uniwerka do pracy.

            Didi skręciła kostkę. Nie wiem, czy potknęła się o swoje nogi, swoje błędy, swoje chamstwo czy o krawężnik. W każdym razie, po czułym przytuleniu twarzą chodnika, teraz tuli się do poduszki w szpitalnym łóżku. Jej miejsce zajął nijaki Macek (teoretycznie Jacek Malczyński, ale zboczeniec również). Wbrew pozorom, nie był on zapalonym, młodym biznesmenem, a spróchniałym dziadem o aparycji złej postaci z kreskówki. Kwadratowa szczęka, kwadratowe okulary, krawatowy styl ubierania. Oficjalnie kierownik zmiany, nieoficjalnie starszy zarządca czystości obrusów i zacieków na szklankach. Prezes widelców deserowych i trójkątnych serwetek. Tytuły równie światłe, co stopnie wojskowe. Tyle, że zamiast orderów kolekcjonuje papiery z rezygnacją. Nawet żaby ucichły (co naprawdę est dziwnie w bagnie, jakim jest ta kadra). Nie zmienia to faktu, że choć atmosfera była napięta, urabiałam się po łokcie – aczkolwiek pięty też miałam starte. Wracałam do domu niczym Wenus z Milo.

            Leżę padnięta brzuchem do góry niczym ryby w Bałtyku. Zaczynam rozumieć dorosłe życie. Trzeci dzień nie ma papieru w łazience, czwarty płynu do naczyń, a obrus w kuchni jest czystszy niż moje prześcieradło. Pralka znowu nie działa i z własnej woli działać nie zacznie. Jedynie kochaś mojej współlokatorki potrafi ją poskromić i zachęcić do ponownego mielenia moich łachmanów (choć z biegiem czasu mam coraz większe wrażenie, że ta pralka nie pierze tylko sprawia, że „ubrania nie śmierdzą”). Choć przy każdej wizycie pustoszy mieszkanie jak diabeł tasmański, tak jego złote ręce potrafią okiełznać nawet najdziwniejsze wybryki elektroniki (i jak mawiają ściany, współlokatorkę również).

            Nie ukrywam, że w pewnym sensie ukradł moje marzenie. Też chciałabym mieć złote rączki– tyle, że nie robola, a króla Midasa.

 

Powiązane posty

Dodaj komentarz