Poranek na dziesiątym piętrze #4

Prolog: Poranek na dziesiątym piętrze – seria luźnych rozmyślań ukazujących życie studenckie w krzywym zwierciadle. Opracowane na podstawie historii własnych, zasłyszanych i tych zmyślonych również. Treść nie jest formą autobiografii, autoterapii i innych samochodów. Fikcja literacka w pełnej okazałości, ukazana pod postacią splotu cynicznych refleksji.

 

Rozdział 4

„Po tacie na etacie”

Nepotyzm – czyli jak, będąc życiowym nieudacznikiem, nic nie robić do końca życia za dziesięć tysięcy. Mój ojciec jest mechanikiem samochodowym. Gdybym urodziła się Karolem (dzieckiem, którego zawsze pragnął) zapewne nie zawracałabym sobie głowy takimi pierdołami jak dalsza edukacja. Wsunęłabym się pod samochód i grzebała w jego wnętrznościach po kres swych dni. Prawie jak zabawa w chirurga. Z tą różnicą, na szczęście, że pacjent nie może umrzeć. Ewentualnie eutanazja w zgniatarce na wysypisku, ale to i tak bez znaczenia, bo inne samochody nie będą po nim płakać. Z jednej strony to smutne, z drugiej zazdroszczę samochodom, że nie muszę się bawić w pogrzeby i stypy. Ani to przyjemne, ani tanie, a zmarłemu i tak wszystko jedno.

Los nie obdarzył mnie szlachetną pulą kontaktów na wysokich stanowiskach. Połowa rodziny to pijaki i samotne matki, a druga połowa to rolnicy lub fachowcy po zawodówce. Inteligencja odcięła się od tych toksycznych więzi lata temu. Uciekła za granicę i po dziś dzień nie daje znaku życia (ale niech się tylko ośmielę zapomnieć o ich imieninach!). Jestem kompletnie sama w wielkim mieście, bez pieniędzy i jakiegokolwiek doświadczenia. Kto by mnie zechciał? Kluby nocne i Oriflame? Rozesłałam CV na wszystkich stronach i forach. Napisałam szczerze o swoim beztalenciu, licząc, że chęć do pracy i punktualności przykryje te niedociągnięcia.

O, proszę! Czterogwiazdkowy hotel. Niecały tydzień czekania. Zakres obowiązków – pomoc kuchenna i sprzątająca. Brzmi niewolniczo, ale lepszy rydz niż nic. Nawet, jeśli ten rydz jest trujący, przekonam się o tym na własnej skórze. Kryteria ubioru – czarna bluzka, czarne spodnie, czarne buty, włosy w kok. W wielkim skrócie, nie zwracać na siebie uwagi, a jak się poplamię, to nie będzie aż tak widać. Klasyczny outfit, gdziekolwiek bym nie aplikowała. To co, pielgrzymka po lumpeksach i przeczesywanie szuflad w poszukiwaniu frotki. Rozmowy nie wymagają, po prostu mam przyjść i robić, co mi karzą. Ave Cezar.

Studiuję od poniedziałku do piątku, więc jedyne dni, w jakie mnie ujrzą, to weekend. Nic zdumiewającego, czego pracodawca może wymagać od zielonego studenta, świeżo odciętego od pieniężnego cycka rodziców. Jak to mawiają, „Chcesz mieć na przyjemności? To sobie na to zapracuj”. No, więc przychodzę o tej 6:00 zmulona, niczym świeżo przywołana z zaświatów i szukam jakiegoś kolorowego postrzeleńca, który mógłby być moim szefem. Nie zawiodłam się. Nie minęło pięć minut, a moim oczom ukazało się rude, kościste babsko w niebieskiej koszuli z wielkim napisem „KIEROWNIK ZMIANY”. Bez zbędnych ceregieli, przedstawiła się krótko i wcisnęła szmatę do rąk, pokazując, gdzie mam się z nią udać. Była to nijaka Daria (pseudonim Didi), należąca do tych menadżerów, którzy najpierw przydzielą po dziesięć zadań na głowę, a później krzyczą i ucinają przerwę. Mnie jeszcze to nie dotknęło, ale zważywszy na stosunek reszty pracownic do jej osoby, jest w pewnym sensie czarną owcą tego lokalu. Chociaż, w tym gronie to osiągnięcie nie jest zbyt trudne.

Praca żmudna, praca nudna. Już nawet piątkowe wykłady na 18:00 nie odbierają chęci do życia na taką skalę. W błyskotliwym zespole jeszcze dałoby się przeżyć tę syzyfową pracę. Zawsze jakaś odskocznia od książek i wojny domowej o sprzątanie. Problem w tym, że współpracownice potrafią błyszczeć wszystkim, tylko nie inteligencją. Siedem zawistnych niuń bez szkoły i krzty samokrytyki. W oczy sypie się cukier, za plecami wylewa żółć. Erynie powinny się od nich uczyć. Choć nie przyszłam tu po to, by zawierać nowe znajomości, nie przyszłam też taplać się w kwasie intryg niespełnionych ciemnych mas.

Wracam zmęczona i zdołowana. Inaczej sobie wyobrażałam moją zaoczną karierę w prestiżowym hotelu. Jutro znowu to samo. Ta sama wędrówka do siódmego kręgu piekieł przez osiem bitych godzin. Za jakie grzechy los zsyła na mnie te plagi niepowodzeń? Momentami, naprawdę wolę żaby spadające z nieba niż te, z którymi muszę pracować. Nic nie idzie po myśli, zawsze wszystko skręca na boki albo gubi drogę w połowie. Prędzej Bałtyk się przede mną rozstąpi i pójdę samotnie do Ziemi Obiecanej (w tym układzie chyba Norwegia) niż cokolwiek uda się tak jak planowałam. Powiodą mnie orły ku świetlanej przyszłości lub rozdziobią kruki i wrony. Tak czy owak perspektywy niezbyt wysokich lotów.

Jak to mówią, gdy życie daje Ci cytryny, zrób z nich lemoniadę. Owszem, o ile nie masz na nie uczulenia.

Powiązane posty

Dodaj komentarz