Poranek na dziesiątym piętrze #3

Poranek na dziesiątym piętrze #3

Prolog: Poranek na dziesiątym piętrze – seria luźnych rozmyślań ukazujących życie studenckie w krzywym zwierciadle. Opracowane na podstawie historii własnych, zasłyszanych i tych zmyślonych również. Treść nie jest formą autobiografii, autoterapii i innych samochodów. Fikcja literacka w pełnej okazałości, ukazana pod postacią splotu cynicznych refleksji.

 

Rozdział 3

„Sodoma i Akademik”

Tułam się od rana do wieczora bez większego celu. Czasem zajdę więc na akademiki, do koleżanek, zobaczyć czy u nich nuda tak samo przyszpila wszystkich do łóżek. Lecz nim przekroczę bramy tego plugawego miejsca muszę, rzecz jasna, przejść dokładną kontrolę tożsamości, niczym na lotnisku. Jednoręki portier „Rączka” lustruje mnie od stóp do głów i prosi o wyciągnięcie wszystkich dokumentów, zastrzegając po raz tysięczny, że o 22:00 już ma mnie tu nie być. Daję mu swój dowód osobisty, na którym wyszłam jak ofiara przemocy domowej i czekam aż kliknie zielony guzik i wpuści mnie do reszty mojej ukochanej hołoty.

Witam się czule z dwiema znajomymi z roku- jedynymi diablicami, które tak skutecznie demoralizują moją wrażliwą duszę. Przechadzamy się wspólnie po korytarzu, plotkując o ludziach i rzeczach, które, choć nieobecne w naszych żywotach na co dzień, przyprawiają nas o wstrząs wywołany ludzką głupotą. Począwszy od kolejnej kontroli policji i kolejnych łapankach dilerów z Koziej Wólki, którzy do teraz nie pogodzili się, że monopol na ich zadupiu nie funkcjonuje tak gładko jak w dużym mieście, doprowadziły do ponownych destrukcyjnych skutków wygrzebywania amfy z rur i zioła ze szczelin w kredensie. Tu znowu w 208 nie ma drzwi (jak zwykle wywarzone przez pijane cizie), resztki jedzenia w zlewie stawiają przy odpływie kolejną Atlantydę, a rosnąca góra śmieci w łącznikach zaczyna przypominać Burdż Chalifa. Ze 193 znowu wypełza zmarnowana striptizerka, zaciągnięta z sopockiej klubowni przez chłopaków z politologii, parki z łącznika przy schodach rzucają w siebie twardymi przedmiotami, w łazienkach rzygają bulimiczki, a ja zastanawiam się tkliwie, czemu, do cholery, postanowiłam mieszkać na stancji. Co z tego, że ta Sodoma i Gomora jest wylęgarnią patologii, przynajmniej moje poczucie własnej wartości nie doznawałoby kryzysów egzystencjalnych. Nie myślałabym o niczym innym, poza nadchodzącym melanżem i od kogo by tu wyżebrać jedzenie. Mój byt były prosty jak prostytutka (choć nazwa zwodnicza, bo nogi i kręgosłup moralny zwykle mają krzywe).

Wracam do domu po nocy albo następnego dnia. Czasem wcale i włóczę się z pokoju do pokoju jak bezdomna cyganka, śpiąc tu i tam z tym i z tamtym. To bez znaczenia. Wsiadam do autobusu opchanego tymi samymi emerytami, co wczoraj (gdzie do cholery oni tak jeżdżą?). Nie kasuję biletu, bo po co? I tak mnie nie złapią. Opieram czerwony policzek o szybę i podziwiam zapyziałe widoki za oknem. Te same, co zawsze zresztą. Równie brzydkie. Przekraczam próg domu. Patrzę w lustro i co widzę? Szkło i szkapę. Ani ładną, ani mądrą, ani tym bardziej czystą. Ile mnie nie było? Dwa dni? Cztery?

Już sama nie wiem, co bardziej tam tracę. Poczucie czasu czy własnej wartości.

Powiązane posty

Dodaj komentarz