Poranek na dziesiątym piętrze #2

Prolog: Poranek na dziesiątym piętrze – seria luźnych rozmyślań ukazujących życie studenckie w krzywym zwierciadle. Opracowane na podstawie historii własnych, zasłyszanych i tych zmyślonych również. Treść nie jest formą autobiografii, autoterapii i innych samochodów. Fikcja literacka w pełnej okazałości, ukazana pod postacią splotu cynicznych refleksji.

Rozdział drugi

„Ferie”

            Zamykam znużone oczy i odpływam w głąb siebie z błogosławieństwem „nie muszę jutro nic robić”. Niepokalanie wypoczęta turlam się w łóżku do godziny 13:00 nie przejmując się nic a nic uciekającym dniem. Jem śniadanie o 15:00, obiad o 20:00, a kolację między północą a godziną duchów. I jest mi z tym dobrze. Gram w gry, na które normalnie nie miałabym czasu i chęci, piję i palę wszystko, co wpadnie mi w ręce i z nóg, chociaż troszeczkę, zwali oraz szlajam się po nocy w miejscach, gdzie moralność od dawna nie sięga. Nie, żeby sprawiało mi to przyjemność, ale tak długo wyczekiwane uczucie zerwania łańcuchów i perspektywy beztroskiego odmóżdżenia za każdym razem bierze górę nade wszystko, co byłoby mi naprawdę przydatne w życiu. Są po prostu takie dni, że bardziej niż oczytana wolę być niepoczytalna. Z nosem w książkach czy z głową w kiblu, co za różnica.

            Wróciłam też do rodzinnej wsi. Powitałam starych przyjaciół, stary dom i starych rodziców. Tylko psy nie są stare, im energii i chęci do życia z biegiem czasu nic nie upływa. Dołożyłam do pieca. Znowu umorusałam swoje czerwone od zimna dłonie w popiele i kurzu. Nowe spodnie też. Napaliłam w kominku i pogrążyłam się w błogim lenistwie. W końcu nic innego nie można tu robić. Podziwiam moich znajomych, którzy postanowili zostać w tym wygwizdowie już do końca swych dni. Znaleźli pracę lub nie, czasem pomogą rodzicom, czasem im po prostu nie przeszkadzają. I tak dzień w dzień. Ja już po dwóch dniach umieram z braku rozrywki, dla nich to jest rutyna. Wychodzę z nimi wieczorem, ściskam się czule i wspólnie włóczymy się z kąta w kąt. Pijemy piwo na wiacie, biegamy po torach, straszymy koty i wrednych sąsiadów. Tu coś ukradniemy, tu zażyjemy coś nielegalnego, tu po prostu przycupniemy w czyimś mieszkaniu. Lubię ich, ale już nie czuję się częścią tej bandy. Ja chcę czegoś więcej, im wystarcza to, co odziedziczyli po rodzicach. Nie kwapią się zdobywać szczyty- wolą kosić trawę w dolinach, w jakich się urodzili. Im prędzej stąd ucieknę, tym później moje studia stracą sens.

            I tak tułam się cały tydzień. Na obrzeżach Trójwsi. Z tą różnicą, że zamiast SKM poruszam się rowerem. Ewentualnie zdewastowanymi gratami znajomych. Jedziemy na pizzę i kręgle – jedyne okoliczne atrakcje. Konsumpcjonizm mojego żywota sięga zenitu. Wydaję pieniądze na jedzenie, picie i zdrapki, a potem wracam spłukana i rozczarowana. Idę na dworzec z pięcioma torbami – dwie z ciuchami po promocji w lumpeksie, dwie ze słoikami gołąbków i bigosu oraz jedną z rzeczami, które faktycznie wzięłam. Cisnę się w pociągu w zatłoczonym przedziale i próbuję usnąć, kołysana dubstepem w słuchawkach.

            Ostatnie dni wolnego. Tyle perspektyw, tyle wydarzeń, tyle okazji i tylu pieniędzy mi na to brakuje. Czekam na przelew od rodzicieli, licząc, że nie utną mi za te wszystkie pożyczki na tanie wino i kebaby. Może posprzątam? Po co, skoro nie ma dla kogo, bo współlokatorki wracają dopiero za sto lat. Może dla siebie? Mi to nie przeszkadza.

            Siadam przed monitorem i śledzę pilnie zapisy na zajęcia. O, znowu ominęłam terminy i wszystko zajęte. Biorę pierwsze lepsze lektoraty, pierwszy lepszy wf, żeby tylko nie musieć ganiać po dziekanatach i błagać o litość. W gruncie rzeczy powinnam zostać wyrzucona już jakieś pięćdziesiąt razy – za wszystkie spóźnione opłaty i dokumenty. Nigdy czas mnie nie goni. Na własny pogrzeb zapewne też bym się spóźniła.

            Liczę dni i grosze w portfelu. Na nic mnie nie stać, nawet na beznamiętne uniesienie ramion. Kładę się na łóżku w niepranej od pół roku pościeli i turlam wśród roztoczy, plam po kawie i okruszków. Wzruszam się nad uciekającym czasem, ale ruszyć się z domu nie zamierzam. Jakiś dziwny dół sobie wykopałam tym powrotem na wioskę, sama nie wiem czemu.

            Znowu przez kolejne dni muszę go zasypywać, by ponownie uczynić go szczytem.

Powiązane posty

Dodaj komentarz