Poranek na dziesiątym piętrze #1

Prolog: Poranek na dziesiątym piętrze – seria luźnych rozmyślań ukazujących życie studenckie w krzywym zwierciadle. Opracowane na podstawie historii własnych, zasłyszanych i tych zmyślonych również. Treść nie jest formą autobiografii, autoterapii i innych samochodów. Fikcja literacka w pełnej okazałości, ukazana pod postacią splotu cynicznych refleksji.

Rozdział pierwszy

„Widmo zimnej wojny”

Nareszcie to jest już koniec. Koniec reżimu sesji spędzającej sen z powiek od ostatnich dwóch tygodni. Koniec funkcjonowania na kofeinie i witaminach, koniec jedzenia mrożonek na środku podłogi w morzu notatek, koniec przekraczania progu domu z myślą „muszę zrobić jeszcze to i to…”. Nareszcie można czule przytulić poduszkę lub wyjrzeć przez okno nie obawiając się niczego. I pochorować też można bez wyrzutów sumienia.

Choć chłodny oddech zaliczeń odszedł w zapomnienie, tak reszta świata nadal pogrążona jest w zimowym śnie. Chodzę spać wśród brzmień kołysanki wichury i sztormów. Wszystkie plaże, szlaki i klify zostały tak doszczętnie zmrożone, jakby Buka postanowiła wybrać się na beztroski spacer wzdłuż linii morza. Od zlodowaciałych ławek i murów po oszronione drzewa, kolekcje sopli pod dachami i zamarznięte ptaki w locie. Świat nadmorski zmienił się w rzeczywistość glacjalną, na której podbój nikt nie odważy się wyruszyć bez dziesięciu warstw ubrań na sobie (i drugich dziesięciu w torbie).

Niczego takiego nie można powiedzieć o świętach, czasie błota, chaotycznych porządków i obżarstwa. Czasu pozostawionych w przeszłości 2016 roku trosk, porażek i pogrzebanych planów nauki i rozwoju intelektualnego. Czasu tak wybitnie zmarnowanego, gdy zamiast palić się do pracy, paliłam marihuanę, a zamiast chwytać notatki, chwytałam dzień (a miesiąc później brzytwy i tyłków mądrych koleżanek). Potem Nowy Rok, fajerwerki, cierpiące kundle i nowa ja. Wszystko się wyzerowało, zarówno flacha, którą przyniosłam na imprezę sylwestrową, jak i stan mojej wiedzy. Panta rhei. Płynie alkohol w moich żyłach jak i czas płynie nieubłaganie. Ze świąt do sesji, z roku na rok, z gęby na gębę.

I tak oto stoję tu, w drugim domu, z wypełnionym indeksem. Choć powrót był trudny – do przyklejonego do stołu, przeterminowanego jedzenia sprzed świąt  i rachunku za niezakręcone kaloryfery – czuję, że mimo wszystko to tu właśnie jest moje miejsce. Półświatek wioski, w której nauczyłam się chodzić, płakać i przeklinać, należy już do sfery wspomnień. Czasem wrócę tam myślami, ale na pewno nie pociągiem. Opuściłam te ciepłe gniazdko. Czas wzbić się w przestworza i założyć swoje. Nawet jeśli brakuje mi gałązek i nie zamierzam mieć piskląt.

Wygram tę zimną wojnę. Tę zwykłą, prawdziwą. Gdzie zamiast plakatów propagandowych z nieba pada śnieg, a zamiast wyścigu zbrojeń – wyścigi bloków na moim osiedlu objawiające się w finezyjnych bałwanach i ilości remontów.

W tej wojnie zimne jest tylko powietrze.

Powiązane posty

Dodaj komentarz