Poruszenia czasu dokonanego. Wywiad z Moniką Maciasz

W ostatnim czasie twoja poezja to z pewnością temat żywy. W ciągu nieco ponad roku wygrałaś obie edycje Połowów Poetyckich w Cafe Strych, byłaś publikowana w „Fabulariach”, „Autografie” i Kwartalniku Artystycznym Bliza. Zwyciężyłaś w Konkursie Jednego Wiersza MALT 2016 i występowałaś w roli konkursowego jurora w odsłonie z 2017 roku. To bardzo wiele jak na tak krótki czas, nie uważasz? Jak właściwie zaczęło się to pasmo sukcesów? Jaki moment był tu przełomowy?

Inicjacje

Masz rację, że ostatni rok był dla mnie rozwojowo dynamiczny, co przełożyło się na wyróżnienia i publikacje. Jestem dumna z moich osiągnięć i każdą nagrodę czy druk w czasopiśmie traktuję jak cegiełkę budującą mój konstrukt literacki. Wiem, co chcę zbudować i krok po kroku realizuję założony cel. Szczerze mówiąc, unikam jak ognia terminu sukces. Rozleniwiłoby mnie to, gdybym uznała, że go osiągnęłam. Osiadłabym na laurach. Poza tym sukces brzmi ostatecznie. Jest czasem dokonanym.

Od zawsze łaknęłam kontaktu ze sztuką. Jeszcze w moim mieście rodzinnym, gdzie oferta wydarzeń była uboga, wyszukiwałam wydarzenia kulturalne, które mogłyby mnie pobudzić. Z każdego czerpałam całymi garściami.

Do dziś pamiętam spotkanie autorskie z Krzysztofem Vargą, które odbywało się w jedynej wówczas kawiarni w Krasnymstawie. Przeżyłam je bardzo emocjonalnie. Świat wyobraźni tego człowieka przekonał mnie, że nie jestem samotna w moim odklejeniu od realizmu nazwanego i obiektywnie oczywistego. Zrozumiałam, że moje fantasmagorie to nie szaleństwo, które powinnam w sobie zanegować, a umiejętność imaginacji abstrakcyjnych zjawisk.

Już wtedy pisałam formy okołoliterackie. Ba, pisałam, od kiedy nauczyłam się trzymać długopis! Przede wszystkim pamiętniki, które z dzisiejszego punktu widzenia są dla mnie studium przypadku dziecka wrażliwego; żyjącego w odrealnionym, alternatywnym świecie. Na podstawie tych źródeł jestem w stanie przyznać, że urodziłam się z pewnym talentem. Wszystkie zeszyty gromadzone przez lata i ułożone w ścisłej chronologii zajmują zaszczytne miejsce dna szafy. Te zapiski to dla mnie nieoceniona wartość sentymentalna.

Wraz z wiekiem pojawiły się krótkie opowiadania, okazjonalne wierszyki na imieniny mamy, aż w końcu pierwsze próby wiersza, które jako nastolatka, skrywałam pod poduszką.

Fotografia autorstwa Moniki Maciasz - liście

Fotografia autorstwa Moniki Maciasz

Poezja powstaje na Wybrzeżu

Po maturze wyjechałam na studia do Gdańska, gdzie mogłam zaspokoić głód obserwacji złożoności świata. W końcu miałam możliwość chodzić na wystawy i koncerty; dzielić się poglądami, dyskutować. Zajmowałam sobie czas, chodząc po galeriach – sztuki i handlowych – na plażę, jeżdżąc tramwajem, krótko – wszędzie tam, gdzie byli ludzie. Namiętnie praktykowałam gapienie się na obcych. Wymyślałam im imiona, biografie. Tworzyłam krótkie impresje, których nigdy nie spisywałam. W czasie wolnym od uczelni jeździłam autostopem, głównie nie ze względu na cel podróży, a po to, by porozmawiać z kierowcami. Nienasycenie historiami wytworzonymi uzupełniałam realnym człowiekiem – panem z tira, panią w subaru. Spotykałam mnóstwo osób. Cały przekrój społeczeństwa polskiego i zagranicznego. Nieustannie dostarczałam sobie bodźców. Jeśli chodzi o początek literackiego rozwoju, najważniejsze było publiczne odczytanie swoich tekstów. I nie chodzi mi bynajmniej o pierwszy konkurs. Mam na myśli konsultacje poetyckie u Gabrysi Szubstarskiej i Piotra Szczepańskiego.

Pamiętam ten dzień bardzo wyraźnie. Maj. Bezchmurne niebo, zapach kasztanowców i egzamin u dra Zamojskiego. Bardzo ceniłam tego wykładowcę za jego podejście dydaktyczne do studentów. Ten facet stymulował nas do myślenia.

Jedno z zadań egzaminu polegało na odniesieniu się do pojęcia uniwersytetu w jego pierwotnym znaczeniu. Napisałam esej o doświadczeniu wspólnotowej zadumy, które zdarzyło mi się 2 czy 3 razy w życiu. Z mikroskopijną dokładnością zarysowałam sytuację mentalnego zatracenia, podczas którego wpadłam w zawieszenie, tracąc poczucie czasu i przestrzeni. To były licealne wagary. Chodziliśmy nad rzekę i czytaliśmy Wojaczka, co otwierało mi umysł bardziej niż trygonometria, z której regularnie uciekałam.

Po wyjściu z auli poczułam tęsknotę za opisaną na egzaminie aktywnością. Miałam mocne przeczucie, że powinnam użyźnić glebę domysłów, zdziwień i kreatywnego gniewu. Tym razem nie na przykładzie cudzych wytworów a własnych wypocin.

Miałam mocne przeczucie, że powinnam użyźnić glebę domysłów, zdziwień i kreatywnego gniewu.

Jako ze zwykłam nosić przy sobie swoje wiersze, prosto z WNSu poszłam do biblioteki oliwskiej, która oferowała konsultacje literackie. Pełna przejęcia pojawiłam się na spotkaniu z Prawdziwymi Poetami.

Obawiałam się, że zlekceważą moje teksty, ocenią je jako egzaltacje i banał. Byłam w niekłamanym szoku, że są nimi zainteresowani, a z każdym kolejnym fragmentem ich apetyt rośnie.

Zachęcona pozytywna informacją zwrotną zaczęłam pojawiać się u nich regularnie, a każde kolejne spotkanie dodawało mi otuchy. Rosła wiara, że faktycznie mam talent, nad którym powinnam pracować. Stopniowo wchodziłam w środowisko i szukałam okazji do treningu. Tak jak do tej pory bywałam na odczytach i wernisażach, tak od tamtej chwili przychodziłam na nie już nie tylko celem rozrywki, ale i poszukiwania swojej poetyki.

Jestem niezwykle wdzięczna za merytoryczne wsparcie Gabrysi i Piotra. Dzięki nim zrozumiałam, że potrafię przekazać swoje myśli w niebanalny sposób.

Pierwsze prezentacje, które miałam okazję przeżyć pod ich skrzydłami były nieśmiałe i niepewne. Bez kokieterii mogę przyznać, że na początku mojej drogi miałam opory przed nazywaniem swoich tekstów wierszami. Dorastałam do tej wiedzy o sobie.

Próba słowa

Pamiętam warsztaty organizowane przez Salon Literacki – 3 dniowy wyjazd na Kaszuby. Zupełnie nowe doświadczenia ćwiczeń kreatywnego pisania zadaniowego przy wsparciu Krzysztofa Hoffmana. Podczas ćwiczeń podzieliłam się wątpliwością, czy to, co piszę, to aby na pewno wiersze. W odpowiedzi dostałam zdecydowany głos Sławka Płatka, którego pisanie bardzo sobie cenię . Z pełnym przekonaniem powiedział: Monika, piszesz wiersze, uwierz mi.

Co prawda do dziś nie znam definicji i komponentów wiersza, niemniej jestem skłonna uwierzyć, że tworzę coś na jego kształt. Może Ty znasz te składowe? Serio, nie jest to fałszywa skromność, po prostu to mój dylemat. Czym jest wiersz w czasach mobilności i powszechności słowa? Czy facebookowe posty Julki Szychowiak to też poezja? Wracając do moich wytworów, uważam, że faktycznie jestem autorką wierszy, ale czy pisarką, a tym bardziej poetką? Określenie siebie tymi tytułami pozostawię pod rozwagę czytelników.

Czym jest wiersz w czasach mobilności i powszechności słowa? Czy facebookowe posty Julki Szychowiak to też poezja?

Pytałeś o największe osiągnięcie. Do tej pory było nim zdobycie przekonania, że jestem w stanie napisać coś wartościowego. Kiedy już to o sobie wiedziałam, pozostało mi tylko przekonanie do tego literackiej społeczności lokalnej.

Uniesiona pochlebstwami, zdobywałam nagrody w bibliotece oliwskiej, natomiast konkursy na Strychu długo nie przynosiły rezultatów w postaci wyróżnień. Zmobilizowało mnie to do dalszych studiów nad własnym językiem poetyckim. Uparcie pracowałam i startowałam w kolejnych. Jeśli chodzi o czasopisma, z początkiem 2017 zaczęłam pisanie maili do poszczególnych redakcji z ofertą wierszy, które uważałam za warte publikacji. Niektóre z nich, jak wspomniane Fabularie, były zainteresowane, inne nie odpowiedziały do dziś. Później była propozycja wywiadu i zestawu wierszy dla Autografu i nagrodzone w MALT „katowice wydrukowane w Blizie.

Jestem zadowolona z miejsca, do którego doszłam, a wciąż rysuje się przede mną piękny krajobraz. Idę dalej.

Meandry wyobraźni

Czytając twoje wiersze z „Fabulariów” i „Autografu”, nie sposób nie ulec wrażeniu spójności estetycznej i tematycznej, w jakiej pozostają poszczególne teksty. W tych utworach stale towarzyszą Ci toposy apokaliptyczne, świat jawi się w nich jako miejsce po katastrofie – nie tyle dosłownej, co indywidualnej, psychicznej, która rzutuje na odbiór niemal wszystkiego. Zupełnie tak jakby twoja poezja mówiła: to, co miało zaistnieć, już zaistniało, a to co może się wydarzyć, to jedynie mniej lub bardziej pesymistyczne konsekwencje. Czy mogłabyś się przychylić do takiego odczytania? W świat codziennych zdarzeń, bliskich przestrzeni i przedmiotów niezmiennie wdziera się niepokój i rozczarowanie. Dlaczego?

Zdjęcie Moniki Maciasz - 2

Mimo całej wdzięczności za niezliczone dobro, którego dostarcza mi życie, wciąż towarzyszy mi poczucie rozczarowania. Kiedyś szukałam jego źródła i z całą pewnością jest to suma dużej wrażliwości, doświadczeń oraz okoliczności życia. Myślę jednak, że z dużym prawdopodobieństwem stoi też za tym trauma pokoleniowa. Całkiem prawdopodobna wydaje mi się teoria o noszeniu w pamięci historii naszych przodków.

Od kiedy pamiętam towarzyszą mi obrazy po stracie. Z natury jestem zaprogramowana na porażkę. Może podświadomie unikam rozczarowania? Choć taka forma widzenia rzeczy jest natrętna i pierwsza mam wielki apetyt na odczuwanie szczęścia. Wkładam dużo energii w szukanie kontragrumentów do negatywnych scenariuszy. Pracuję nad tym. Jeśli mam wskazać jakieś pozytywy w takim negatywnym prorokowaniu, uważam, że paradoksalnie jest w tym pewien optymizm. Ile to razy, stosunkując się sceptycznie do sprawy, po czasie byłam zaskoczona, że jej rozwiązanie przyniosło dobre owoce. Mimo wszystko, gdybym miała wpływ na sposób czucia świata, wolałabym być beztroska i wolna od wiecznego dociekania sensu rzeczy. Jestem prawie pewna, że wówczas nie tworzyłabym. Pisanie wesołych wierszy jest dla mnie dość abstrakcyjne bo po co pisać o szczęściu skoro wystarczy nim żyć? Smutek trzeba zrozumieć i przeżyć. Po czym pozwolić, żeby odszedł, a czasem zdecydowanie go wyprosić. Wiersze są taką elegią na pożegnanie.

Czy ta katastroficzna wyobraźnia jest czymś typowym dla całej twojej twórczości? Na ile poetyckie światy tak charakterystyczne w „sanatorium” czy w „krasnymstawie” mogą stanowić reprezentacje tego, co swoiste dla reszty twoich wierszy?

Katastrofizm towarzyszy mi od kiedy pamiętam. Pierwszy zarejestrowany kryzys egzystencjalny przeżyłam w sylwestra 99/00. Jako siedmiolatka tańczyłam z truskawkowym Piccolo w rączce, w telewizorze leciała Cher. Nagle moim oczom ukazała się kartka z kuchennego kalendarza. Takiego, wiesz, do wyrywania. I zauważyłam, że ona jest ostatnia. Przełożyłam sobie to jako ostateczny koniec. Game over. Nie wiedziałam jeszcze, że w szafie jest nowy kalendarz, nowe 365 dni do zapełnienia. Byłam przekonana, ze po 1999 nie ma kontynuacji. Do dziś mam kłopot z liczbami.

Ze wszystkich nośnych tematów tradycji dla Ciebie z pewnością stały jest element wody. Ta powraca pod różnymi postaciami – jako wódka, śnieg, płacz, rzeka, deszcz, wilgoć, przeciekanie czy kałuża. Co jest takiego w metaforyce akwatycznej, że tak silnie przystaje do twojej wyobraźni? Z jakiego powodu sięgasz właśnie po ten symboliczny rejestr?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale faktycznie, jest w mojej poetyce wiele litrów w rożnym stanie skupienia.

Może to wynikać z pierwszych znamiennych wspomnień dzieciństwa, jakim było topienie szczeniąt. Może to być też skutek pewnych wakacji, tak bardzo związanych z wodą i jej nadmiarem. Po maturze wyjechałam na wolontariat misyjny na tereny powodziowe, gdzie wraz z niezastąpioną ekipą pracowaliśmy na rzecz ludzi, którzy stracili dobytek swojego życia. Żywioł zabrał wszystko, co mieli. Poziom wody sięgający drugiego piętra, porażał. Wyobrażasz sobie basem wody o powierzchni kilku hektarów, z którego wystają wierzchołki dachów? Mocne doświadczenie nieszczęścia mieszkańców. Mocne obrazy. Do dziś pamiętam dziecięce zabawki pokryte szlamem.

Po kilku latach od tego wydarzenia, spacerując w deszczu, niespodziewanie zaczęłam pisać wiersz. W głowie ruszył, nomen omen, potok słów, który trudno było zatrzymać. Szybko wróciłam do domu, żeby zdążyć spisać gotowe wersy. Uruchomiły się wspomnienia o powodzi, której skutki tak bardzo mnie poruszyły. W końcu upuściłam emocje dotąd niezaopiekowane, zastygłe przez 5-6 lat. Spacer w deszczu obmył potworne obrazy.

Gdybyś miała przybliżyć nam, co rozumiesz pod pojęciem „dobrego wiersza”, na co zwróciłabyś szczególną uwagę?

Dobry wiersz chwyta za gardło, powoduje gęsią skórkę i lawinę pytań. Jego treść dotyczy moich doświadczeń lub oddziałuje na moją podświadomość. Zaprasza do refleksji nad poruszaną kwestią. Wytrąca mnie ze strefy komfortu.

Kiedy obserwujesz to, jak twoje pisanie się zmieniało, co zauważasz? Czy poezja Moniki Maciasz sprzed roku, dwóch czy pięciu, to nadal ten sam obszar wrażliwości i stylistycznych tendencji? Co w tym czasie uległo zmianie?

Mam wrażenie, że wciąż piszę o tym samym. Dziś tak jak 10 lat temu zastanawiam się nad kondycją człowieka. Nad jego stosunkiem do własnych ułomności, tęsknot. Moje nastoletnie oko niewiele różni się od przymrużonego spojrzenia młodej kobiety. Zmienił się warsztat, w którym dłubię nad tekstem. Kiedyś miałam kanciapę w suterenie, gdzie pisałam na kolanie. Dzisiaj jest to sterylna sala operacyjna zaopatrzona w ostre narzędzia. Początki były bardzo beztroskie. Upuszczałam z siebie zdania i nie poddawałam ich pod wątpliwość. Obecnie dążę do zasadności każdej literki w wierszu. Najwięcej czasu poświęcam na skreślaniu zbędnych słów. To praca nad detalami. Nauka precyzji w wyrazie.

Zdjęcie Moniki Maciasz

Fotografia autorstwa Moniki Maciasz

Granice i inspiracje

Jacy autorzy wywarli na Ciebie szczególnie istotny wpływ na drodze poszukiwania własnej formy wyrazu?

Najpierwszą miłości był Wojaczek, który ustawił mi estetykę już w wieku młodzieńczym. Jego słowo opowiadało moje widzenie świata. Proponowany przez niego obraz liryczny był kompatybilny z moją literacka potrzebą. Witkacy, o którym pisałam pracę magisterską, dał mi dyspensę na szaleństwo w tworzeniu. Schulz rozbudził oniryzm. Beauvoir wzmocniła poczucie kobiecej siły. Stasiuk i Kerouac pięknie opowiadali życie jako drogę. Doskonale czytało się ich podczas podróży autostopem. Obecnie jestem rozkochana w Susan Sontag i Celanie.

A w środowisku lokalnym?

Jestem fanką poezji Piotrka Borkowicza. To, co tworzy ten chłopak, jest dla mnie bardzo bliskie. Niespokojne, ciemne, fascynujące. Niesamowita jest też Aga Hejmowska z jej leśną narracją. Za to samo cenię Magłosię Lebdę. Metafora życia jako cyklu natury, cała organiczność pokazana tak plastycznie przez wspomniane dziewczyny, jest spójna z moim rustykalnym charakterem. Poza treścią wiersza niezwykłą przyjemność sprawia mi czytanie zręcznych, warsztatowo dobrych konstrukcji.

Twoja poezja niesie ze sobą wrażenie obcowania z językiem intymności, zwierzenia, za pomocą którego zdajesz się odsłaniać rozmaite aspekty siebie. Interesuje mnie w jakim stopniu rzeczywiście mamy do czynienia z tekstami, które czerpią z doświadczenia, traumy czy terapeutycznej potrzeby odreagowania rzeczywistości, a na ile być może zwodzisz czytelnika światem literackich kreacji. Gdzie według Ciebie przebiega granica tego, co wolno autorowi wiersza w odniesieniu do prawdy i twórczego zmyślenia?

Jeszcze do niedawna byłam zawstydzona uprawianą przeze mnie w wierszach konfesją. Dzisiaj czytam swoje wyznania nieco inaczej. Jestem przekonana, że tylko wychodząc od siebie, można opowiedzieć coś szczerze. Od szczegółu doświadczeń dojść do ogółu. Zasadniczo jesteśmy zbudowani z podobnych elementów. Jako ludzie boimy się i oczekujemy podobnych stanów. Jak inaczej powiedzieć czytelnikowi, że jesteśmy w tej emocji razem? Moje doświadczenia są na tyle mocno przeżywane, że byłoby zwyczajnie żal tego nie wykorzystać. Mój plan na poetycki wizerunek zakłada autentyczność. Nie kokietuję. Nie jestem dobra w zmyślaniu.

Skąd zdarza Ci się czerpać inspirację dla swojej twórczości?

Muzyka jest źródłem nie do przecenienia. Często podczas koncertów pojawiają się gotowe do użycia frazy. Pamiętam Mikołaja Trzaskę, potężny jazzowy trans, i siebie siedzącą z telefonem w dłoni, zapisującą to, co dyktował mi jego instrument. Poza tym sztuki plastyczne dają mi wiele impresji. W każdym mieście, które odwiedzam staram się odwiedzić muzeum sztuki. Lubię moment hipnozy, studiowania faktury płótna, ruchu pędzla. To właśnie coś w rodzaju transu.

Potężną dawkę inspiracji przynoszą filmy. I chociaż w większości nie zostawiają śladu w postaci fabuły, dość często używam motywów, z których korzystają, w swoich wierszach. Sztuka jest interdyscyplinarna. Wiersz może być jak malarstwo. Piosenka może być rzeźbą. Performance to nic innego jak mały teatr.

Często też piszę słowami ludzi z tramwaju. Poza tym lingwistyka dzieci! Ich czystość językowa i słowotwórstwo to studnia bez dna. Pierwsze lata życia wiążą się z nieznajomością znaczeń, które do nas dorosłych przylgnęły nierozerwalnie. Nazywanie świata w naiwnym i wolnym od krytyki wydaniu jest bardzo otwierające.

Wiersz pojawia się w najmniej spodziewanym momencie. Poezja jest wszędzie, wystarczy otworzyć zmysły i być czujnym. Czekać.

W wierszu „Przedmowa” z wydanego w 1945 roku tomu „Ocalenie” Miłosz pisał:

Ty, którego nie mogłem ocalić,

Wysłuchaj mnie. […]

Czym jest poezja, która nie ocala

Narodów ani ludzi?

Jak mogłabyś się odnieść do tej myśli o ocalającej funkcji poezji? Czy dzisiaj w dobie nowoczesnych technologii, zawrotnego pędu, w tym postmodernistycznym tyglu, wiersze wciąż mogą mieć moc ocalającą? Czy w ogóle poezja nadal może jakkolwiek zmieniać świat? A jeśli tak, to na czym by to miało polegać?

Z róznych względów zdecydowanie bliżej jest mi do innego noblisty, który poruszoną przez Ciebie kwestię widzi zupełnie inaczej. W opozycji do Miłosza Wislawa Szymborska uważała, że poezja nie ma mocy zmieniania świata, ponieważ twórcy zła nie czytają wierszy. Poszłabym jeszcze dalej. Mimo, że cenię sobie moc kreacyjną słowa, uważam, że wszystko odbywa się w świecie Idei. Coś nam się wydaje, weryfikujemy, często doznajemy olśnienia. To bardzo ubogacające, ale czy przekłada się na moje wybory w empirycznym świecie? Nie łudzę się, że wiersz jest w stanie popchnąć do konkretnego czynu.

W imieniu własnym, jak i naszych Czytelników, chciałem Ci podziękować, Moniko, za te wyczerpujące odpowiedzi. Liczę na to, że w przyszłości poezja będzie tak samo żywym tematem w naszych rozmowach na łamach Impulsu.

Dzięki, cała przyjemność po mojej stronie.

__________________

Wywiad stanowi część cyklu poświęconego twórcom trójmiejskim. Zachęcamy do zapoznania się z sylwetkami innych autorów lokalnych.

 

Powiązane posty

Dodaj komentarz