Zima bez śniegu i królestwo krasnali. Palermo, Sycylia cz.1

Ucieczka do ciepłych krajów

Nie ma lepszego sposobu na odstresowanie się po wyczerpującej sesji zimowej niż ucieczka od zaśnieżonej rzeczywistości, hen daleko, do ciepłych krajów. Choć przez większość mojego życia tego typu spontaniczne wyjazdy leżały zakurzone gdzieś głęboko w przegródce „marzenia”, dzięki nowemu towarzyszowi, otwartemu na tego typu niecodzienne propozycje, udało nam się w tydzień zorganizować cały wyjazd do Palermo – od rezerwacji wyjątkowo tanich biletów na samoloty (we wszystkie strony), po przyklepanie hoteli i dokładne prześledzenie włoskich środków transportu. Toteż gdy ostatni egzamin dobiegł końca, pozostało mi już tylko spakowanie walizek i odpowiednie nastawienie się na burzliwe porzucenie mojej strefy komfortu. Wszak jeżdżenie wte i wewte, odprawy i codzienne zmienianie miejsca pobytu nigdy nie należały do czynności najłatwiejszych i najprzyjemniejszych.

Pierwszym etapem podróży była przeprawa samolotem z Gdańska do Wrocławia. Jako że lot do Palermo miał się odbyć dopiero dnia następnego, postanowiliśmy spędzić jedną noc w okolicznym hotelu oraz pozwiedzać co nieco to piękne, zabytkowe miasto.

Hotel i ekscentryczna sztuka

Zrządzenie losu chciało, że jedna z tańszych ofert wrocławskich noclegowni należała do hotelu artystycznego, zlokalizowanego niedaleko dolnośląskiej perełki, czyli prestiżowego rynku. Pokój, w którym przyszło nam spać, był bez dwóch zdań… ekscentryczny. Wszystkie pomieszczenia projektowane były przez lokalnych artystów – twórca naszego pokoju okazał się być wyjątkowym fanem coca-coli i popularnych wrocławskich krasnali. Cały pokój był (jak się można domyślić) biało-czerwony. Łóżka składały się z materaca i satynowej pościeli, przyklejonych do topornych skrzynek po butelkach coca-coli. Zamiast dwóch ścian były gigantyczne lustra tworzące iluzję wielowymiarowości, a nad łóżkiem widniały dwa mosiężne krasnale… ostentacyjnie „wypróżniające się” na nasze głowy.

Wiadomo, że sztuka rządzi się swoimi prawami, a przeróżni artyści mają przeróżne wizje okalającej ich rzeczywistości, aczkolwiek po zobaczeniu tego pokoju, nawet nie próbowaliśmy główkować, co autor miał na myśli, a poduszki przełożyliśmy na drugą część łóżka dla świętego spokoju i komfortu. Ponadto mijaliśmy takie arcydzieła jak żyrandole zrobione z tamponów, pocięte płyty, korki, czy inne dziwactwa. Aczkolwiek miało to swój urok. Trzeba przyznać, że wiszące na ścianach obrazy idealnie wpasowywały się w kolorystykę wnętrz, a abstrakcyjne graffiti na murach przed budynkiem czyniły to miejsce w pewien sposób wyjątkowym.

 

Uroki Wrocławia

Po podpisaniu odpowiednich kwitków ruszyliśmy na podbój Wrocławia. Choć pogoda średnio sprzyjała dłuższym wojażom, udało nam się okrążyć Rynek wzdłuż i wszerz. Widzieliśmy takie rarytasy jak Pałac Królewski i Ratusz Wrocławski, a następnie Most Tumski i przepiękne zabytki sakralne. Mieliśmy również w planach przyłapać na „gorącym uczynku” Latarnika, który codziennie w okolicach zachodu słońca zapala latarnie gazowe na terenie Ostrowa Tumskiego. Niestety nim udało nam się tę wysepkę zlokalizować i dotrzeć co sił w nogach i baterii w GPS-ie, wszystkie latarnie były już pozapalane.

Mimo to mieliśmy okazję cieszyć się niezwykłymi pokazami świetlnymi oraz innymi kolorowymi atrakcjami, takimi jak np. trawiasty labirynt. One również zrobiły na nas wielkie wrażenie. Choć Wrocław zapewne najpiękniej prezentuje się skąpany w słońcu w temperaturze sprzyjającej dłuższym spacerom, bez dwóch zdań uważam ten kilkugodzinny wypad za udany. Po wyczerpującej przeprawie udaliśmy się na obiad do lokalnego bistro oraz naprędce wróciliśmy do hotelu i położyliśmy się spać z naszymi dewiacyjnymi, krasnalimi przyjaciółmi.

Prawdziwa pobudka miała miejsce dopiero następnego dnia rano. Wtedy momentalnie zorientowaliśmy się, że nie istnieją bezpośrednie połączenia na lotnisko z naszego miejsca pobytu. Autobus, tramwaj, autobus… Ale co to dla dzielnych podróżników z szeregiem aplikacji! Choć na długo wyczekiwany port lotniczy tłukliśmy się ponad godzinę (nie mając za specjalnie miejsca siedzącego) i tak udało nam się zachować wystarczający zapas czasu, by na spokojnie przejść przez bramki i zakotwiczyć się w okolicznym, bezcłowym McDonaldzie.

Wylot na Sycylię

Serce zaczęło bić szybciej, gdy pracownicy lotniska zapraszali wszystkich zgromadzonych do stopniowego ustawiania się w kolejkę. Pierwszeństwo, rzecz jasna, miała przysłowiowa „banan class”, dla wygodnickich nieszczędzących sobie miejsc w ekskluzywnej (jak na warunki Rayanaira) klasie biznesowej. Gdy te (o ironio) dwie osoby przeszły należytą kontrolę, ludzie zaczęli tłumnie gromadzić się do przeglądu w dalszej kolejności. Wszystko na szczęście przebiegło bez zarzutów i mogliśmy bez większych zmartwień wsiąść ze swoim bagażem na pokład samolotu.

Jak to w tego typu środkach transportu bywa, zajmowanie swojego miejsca okazało się być dziką rotacją ludzi, którzy od samego początku bynajmniej nie zamierzali dopłacić absurdalnych pieniędzy, by móc usiąść obok siebie. Toteż wtem gorączkowo szukali „chętnych”, by zamienić się z nimi miejscem. Rodzice z dziećmi, wnuczki z babcią, grupki przyjaciół, wszyscy chaotycznie manewrowali raz w jedną, raz w drugą stronę. Co rusz pytali wszystkich dookoła o możliwość ustąpienia miejsca. Rzecz jasna nie mieliśmy zamiaru być gorsi. Usiedliśmy ukradkiem na tylnych siedzeniach z wyjątkowo małą ilością miejsca na nogi (R.I.P wysocy ludzie) i oglądaliśmy ten cyrk, licząc po cichu, że nikt nas nie wygoni.

I po raz kolejny mieliśmy szczęście (niesłychane, jakaś kumulacja!), nasze siedzenia okazały się być niezajęte przez nikogo. Dzięki temu mogliśmy w spokoju podróżować obok siebie, a nie w otoczeniu totalnie obcych ludzi. Lot przebiegał względnie spokojnie. Stewardzi niczym mrówki biegali w jedną i w drugą stronę z zamówionym jedzeniem, rzekomo tańszymi próbkami perfum czy innymi frykasami, dostępnymi jedynie w samolotach.

Turbulencje

Wszystko było w porządku, aż do pewnego momentu… Samolot zaczął nabierać stopniowe opóźnienie według zależności – im bliżej Palermo, tym większe wahania i turbulencje. Niby nic w tym dziwnego, wszak tak jak u nas wyznacznikiem zimy jest śnieg, tak we Włoszech porywisty wiatr… Lecz ten niekoniecznie wskazany jest w przestrzeni powietrznej.

Wraz z obniżaniem się wysokości i przymierzaniem do lądowania coraz bardziej nami trząchało. W pewnym momencie samolot gwałtownie obniżył się o kilka metrów „pionowo w dół”, wywołując niemałą panikę wśród wszystkich pasażerów, z płaczącymi dziećmi na czele. Krzyki, płacze, przekleństwa, histeria wywołana stresem – tak wyglądało nasze przebojowe lądowanie na Sycylii. Oczywiście nic strasznego się nie wydarzyło, pilot nie stracił panowania nad pojazdem a silnik pozostał w pełni sprawny. Po wszystkim, kompleksowo nas przeproszono za opóźnienie i niedogodności związane z lądowaniem w trudnych warunkach. Jednakże po wyjściu z samolotu, wszystkie te nieprzyjemne przeżycia nie miały najmniejszego znaczenia.Palermo było już coraz bliżej.

Skalisty jaszczur

Naszym oczom ukazał się olbrzymi, skalisty „Jaszczur” Sycylii. To obszerne pasmo górskie rozciągało się na horyzoncie, okalając większość terenów zielonych swoją bajeczną świetnością. Skąd takie określenie? Pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy po zobaczeniu tego krajobrazu, to widok olbrzymiego smokopodobnego stworzenia. Opiera się ono swą wielką głowę na wybrzuszeniu terenu, łapy ma rozłożone po jednej i drugiej stronie, wywołując złudne wrażenie jakby miało zaraz przypełznąć do nas-turystów z tego wielkiego wzgórza. Jego ogon falistym ruchem rozpościera się po całej długości wzniesienia.

Niestety mieliśmy okazję widzieć go w pełnej krasie tylko na początku naszej podróży oraz w momencie żegnania się z Sycylią. Jednakże przy okazji każdej opowieści związanej z tą wycieczką, „Skalisty Jaszczur Sycylii” jest nieodzownym elementem.

Dalsze etapy podróży do Palermo zostaną opisane w kolejnych częściach, które w najbliższym czasie ukażą się na stronie.

Powiązane posty

Dodaj komentarz