Mielizny i światła

(Recenzja  „Wielorybów i ciem. Dzienników 2007-2015” Szczepana Twardocha)

O dziennikach Twardocha pisano już różnie. Najczęściej źle. Z jednej strony porównywano jego zapiski z egzaltowanymi wyznaniami blogerów, z drugiej zaś mówiono o zupełnej nieautentyczności i wykraczaniu poza poetykę tradycyjnych diariuszy. Czytając recenzje „Wielorybów i ciem” łatwo zauważyć, że wymykają się one prostym, logicznym podziałom binarnym. Otóż dziennik ten, jeśli wierzyć dotychczasowym rozpoznaniom, jest jednocześnie narcystycznym eksponowaniem osoby pisarza, jak i zbiorem dyletanckich refleksji, nie znajdujących poparcia w życiowym doświadczeniu autora, którego niezaprzeczalną winą jest zbyt młody wiek. Zarzuty tego rodzaju można by mnożyć i długo wymieniać – że to nie jest dziennik, a rocznik; że notatki nie są zapisem doświadczeń na bieżąco; że to literacko opracowane, kłamliwe mikrohistorie, a na dodatek, że to przesadnie szczera, mazgajowata, egotyczna słowna breja autokreacji. Może gdyby historia się do pisarza uśmiechnęła i zgotowałaby nam jakąś wojnę, wtedy takie pisanie miałoby sens, a Twardoch zostałby okrzyknięty drugą Nałkowską, ale póki co dzienniki przyniosły wielki, wielki zawód, pochłaniając przy tym czas i pieniądze nieopatrznych czytelników.

Ja jednak znajdowałem przyjemność w czytaniu o wędrującym Twardochu – podróżującym przez odległą, skutą lodem Syberię, podróżującym przez literaturę Maraiego i Ciorana, podróżującym przez ojcostwo osnute dymem goździkowych djarumów. Nie był to zapewne ten sam Twardoch, który na spotkaniach autorskich podpisuje książki, a w czasie wolnym od pisania pozuje przy wehikułach Mercedesa. Zresztą bardzo dobrze, że to nie był on. Ja chciałem obcować z bohaterem literackim, z twórczym zmyśleniem i tak się właśnie stało. „Wieloryby i ćmy” to prawdziwe kłamstwo i skłamana prawda, łże-dziennik jak u Konwickiego czy Gombrowicza, choć z pewnością znacznie mniejszego formatu. Każda literatura aspirująca do kategorii non-fiction jest skazana na choćby częściowy fałsz, zakorzeniony w próbach konceptualizacji chaotycznej rzeczywistości. Można podnosić larum i mówić o tym, że dziennik Twardocha słabo wypada na tle klasyków gatunku. Można by w ten sposób odrzucić nie tylko jego twórczość, ale niemal cały dorobek współczesnej literatury, bo to nie ten poziom, co Miłosz; bo to nie gombrowiczowska błyskotliwość. I nie ma nagrody Nobla! Tylko czemu takie zestawienia miałyby służyć?

Otóż Twardoch mówi mi wiele o współczesności – o rzeczywistości kapitalizmu, marki, pogoni za konsumpcją i o kształtowaniu wizerunku. Być może u kogoś budzi to odrazę, ale jest to jedno z obliczy dzisiejszego świata – w moim odczuciu trafnie wyartykułowane.

 

Źródła grafik:

  • http://www.urloplandia.pl/files/gallery/564/longyearbyen_town_spitsbergen_svalbard.jpg
  • http://bi.gazeta.pl/im/8b/b4/13/z20664203V,Szczepan-Twardoch.jpg

Dodaj komentarz