Marana tha

Już za chwilę, już za momencik. Niebo rozbłyśnie neonowym światłem, ziemia poruszy się w tupocie tabunów ludzi goniących za ostatnimi niezbędnymi elementami prezentów. Wszyscy wyruszymy w ostatni bój o zewnętrzne piękno świąt Bożego Narodzenia. Będzie to walka wyniszczająca, okrutna, bez taryfy ulgowej. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Bezapelacyjnie, do samego końca.

A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich! Z ciebie mi wyjdzie Ten, który będzie władał w Izraelu, a pochodzenie Jego od początku, od dni wieczności

Księga Micheasza

Zupełnie zapomnieliśmy o tym, co świętujemy. Często świętujemy dla samego świętowania. Uprawiamy sztukę dla sztuki.

I na to wszystko przyjdzie w te święta Chrystus. Narodzi się na nowo, chociaż przecież żyje i jest z nami cały czas. Po co więc ta cała – nomen omen – szopka z ponownymi (którymi to już, dwa tysiące dziewiętnastymi?) narodzinami? Może właśnie dlatego, żeby uświadomić nam, co właśnie się odbywa. W historii świata, ale przede wszystkim w naszej osobistej historii. Narodziny zawsze są rzeczywistym przejściem z jednej rzeczywistości w drugą, przy czym oba światy bardzo ze sobą kontrastują. Człowiek przed narodzinami siedzi w ciemności, po wyjściu na świat najpierw jest przytłoczony zupełnie nowymi dźwiękami, widokami, uczuciami. I właśnie dlatego Chrystus przyjdzie do nas teraz na nowo.

Każdy z nas siedzi po uszy zanurzony w swoim życiu. W swoich radościach, ale też smutkach, problemach. Jednych codziennych i prozaicznych, innych trudniejszych. Na to wszystko chce przyjść Chrystus. Na krzyż naszego życia. Chce przyjść ze swoim pokojem. Wprowadzić go tam, gdzie najbardziej nas boli. Nie chce od nas dobrych uczynków, nie chce zasług, nie chce słuchać o tym, co dobrego zrobiliśmy przez ostatni rok. Chce naszych problemów, smutków, bóli, depresji, brudów, wyrzutów sumienia, załamań, nerwic, płaczów. Chce dzisiaj dotknąć tego wszystkiego. I wyprowadzić dobro. Na to właśnie przychodzi ze swoim pokojem. Przychodzi pokorny, przybierając postać niemowlęcia.

Jak możemy wejść w te święta z takim pokojem? Po prostu go przyjmując. Wypowiadając hebrajskie słowa Marana tha, czyli Przyjdź, Panie Jezu. Przyjmując w pakiecie z miłością, jaka do nas zmierza. I ona jest odpowiedzią na każde pytanie. Chrystus przychodzi z miłością, nie sądzi nikogo. Nie ma wymagań. Święta Bożego Narodzenia są czasem, żebyśmy sobie to wszystko uświadomili. Żebyśmy złapali odrobinę luzu, wytchnienia. Zaakceptowali wszystko to, co nas przerasta. Mamy do wygrania przejście do całkowicie nowej rzeczywistości. Do realiów, w których problemy nas dotykają, ale nie niszczą. Jest możliwe zrzucenie z siebie ciężaru, jaki nosimy. I do tego jesteśmy zaproszeni. Z łagodnością, bez sztywnych kryteriów. Po prostu z miłością.

Ostatecznie te święta, mimo wielu aspektów, w których się objawiają, sprowadzają się do jednego – do żywego Chrystusa.

Powiązane posty

Dodaj komentarz