Lviv. Marmur i błoto – cz.2

[Odnośnik do części pierwszej]

Z prawej i z lewej wyrastają podniszczone, zachodzące brudem kamienice. Toną w szarościach, brązach i okopconych beżach. Im bliżej centrum tym ruch staje się gęstszy. Daje się zauważyć trabanty i żółte autobusy o obłych kształtach z ciemnym nalotem. Co rusz mijamy tramwaje podobne do tych, które jeszcze przed kilkunastu laty jeździły po szynach Gdańska. Ludzie przebiegają nam drogę. Plątanina, chaos, Wreszcie wysiadamy.

Okolice dworca wypełniają liczne skupiska turystów i miejscowych. W tym ludzkim potoku wyróżniają się nade wszystko babuszki o głowach otulonych ludowymi chustami – przypominające te, które widzieliśmy w Medyce. Tylko one nie ulegają rytmowi tego miejsca. Stoją na uboczach chodników, handlują grzybami spiętymi w długie wieńce, ni stąd, ni zowąd proponują, żeby się zważyć – za jedyne dwie hrywny. Okazja.

W sklepie kupujemy papierosy i kwas chlebowy – jasny, z gatunku tych, których nie zobaczy się w trójmiejskim Auchan. Następnie ruszamy w okolice rynku. Starsza kobieta – Polka mieszkająca tu od urodzenia – opowiada nam o zniżkach na przejazdy, o tym, co powinniśmy zobaczyć, skoro już tu jesteśmy. Opuszczamy skład tramwajowy na przystanku w pobliżu naszej bazy wypadowej.  Wita nas szyld „Mister Hostel”.

Ów przybytek zajmuje pomieszczenia przylegające do jednej klatki schodowej w podniszczonej kamieniczce wysokiej na trzy piętra. Czym prędzej zostawiamy rzeczy w pokoju, idziemy wymienić w kantorze resztę pieniędzy, żeby opłacić kolejne noce. Za kilka godzin mamy być we lwowskiej operze, tymczasem brak snu daje się we znaki.

Szybki prysznic, napój energetyczny, kilkanaście minut spędzonych w łóżku, aż wreszcie pędzimy urokliwym labiryntem ulic. Z dali dochodzą nas dźwięki rynkowych grajków, migoczą jarmarczne lampy, wszyscy zdają się tu być pogrążeni w świątecznej atmosferze – wszak dla prawosławnych Ukraińców święta mają dopiero nadejść. Przygotowania do tego wyjątkowego czasu trwają w najlepsze. Ludzie krzątają się we wszystkich możliwych kierunkach, taszczą drzewka choinkowe, zatrzymując się tylko niekiedy na kawę, ciastko czy łyk słynnej lwowskiej nalewki na miodzie czy wiśniach.

Spośród licznych restauracji i barów, które okalają centralny plac miasta, wybieramy gustowną grecką knajpkę na uboczu, w cieniu pobliskiej neoklasycystycznej cerkwi zdumiewającej bogactwem rzeźbionych fryzów, pilastrów i rozmaitych ornamentów.

Patrząc znad talerzy ku wizerunkom greckich bogów na biało-niebieskich ścianach, zastanawiamy się, w jakim stopniu Lwów nadal pozostaje pod wpływem kultury świata zachodniego. Wszak rozglądając się po okolicznych ulicach, zapomniawszy na chwilę o tym, co prezentowały peryferia, zachodnioeuropejski rys tego miasta uwidacznia się na każdym kroku.

Po obiedzie kierujemy się w stronę opery. Przed restauracją zatrzymuje nas dwudziestoparoletnia dziewczyna, żeby wręczyć nam kartonową ulotkę wyglądającą jak wizytówka. Z jednej strony napis „White Rabbit”, z drugiej niewielka mapa. Po chwili zastanowienia chowam ją do kieszeni płaszcza. Idziemy dalej.

W trakcie spaceru mijamy stoiska z pamiątkami, pobliskie puby, a przy tym ponownie pochłania nas jarmarczna atmosfera. Regularnie zatrzymujemy się przy kolejnych kramach. Co daje się zauważyć – ludowe wzornictwo wykorzystuje się tu również w strojach codziennych, zwłaszcza kobiecych. Są naprawdę piękne.

W ciągu kilkunastu minut dochodzimy do bulwaru Swobody. Nad okolicznymi budynami góruje gmach wielki na niemal 3000 m². Przy tych murach jak antyczna świątynia jesteśmy mali. Mimo to już z daleka zapraszają nas do siebie marmurowe muzy – Talia, Polihymnia, Melpomene i Erato, a my ulegamy ich wdziękom.

Lwowski Narodowy Akademicki Teatr Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej zdecydowanie zachwyca. Już od 122 lat czaruje eklektycznym zestawieniem podniosłej architektury, malarstwa i rzeźby, przyciągając tłumy łaknące widowisk przygotowywanych z ogromnym rozmachem.

Odwieszamy płaszcze i kurtki, żeby następnie pospieszyć na balkon, zająć miejsca i oddać się rozkoszom oglądania „Nabucco” Giuseppe Verdiego. Chociaż dziś Giuseppe brzmi jak nazwa mrożonej pizzy, to w sali teatru jest z pewnością zdecydowanie więcej smaku. Wszyscy oczekują trzeciego dzwonka. Wreszcie jest, jest! Zaczyna się. Kurtyna odsłania scenografię przedstawiającą starożytny pałac skąpany w tańcu świateł i cieni. Ekran zawieszony nad sceną wyświetla tłumaczenie z włoskiego na ukraiński. Grażdanka nie pomaga nam w rozumieniu.

Raptem rozbrzmiewa chór. Głosy przeszywają do głębi widownię, zdolną pomieścić przeszło 1200 osób. Aktorzy w dumnych pozach sięgają patetycznych wyżyn. Rozpoczyna się opowieść o losach Nabuchodonozora, o nastaniu babilońskiej niewoli narodu żydowskiego.

Jak podaje anonimowy autor we współcześnie najbardziej popularnej encyklopedii:

 

 

 

Va, pensiero – wzniosła i piękna pieśń Żydów (chór niewolników) z trzeciego aktu, stała się nieoficjalnym hymnem Włoch i jest prawie zawsze bisowana. Niektórzy twierdzą, że warto uczestniczyć w każdym dostępnym przedstawieniu tylko dla wysłuchania tego jednego utworu.

Z pewnością jest w tym jakaś prawda. Prawda anegdoty. Istotnie „Va, pensiero” może stanowić źródło niebywałego poruszenia.

W dźwiękach braw, z nieskrywanym żalem, obserwowaliśmy jak po czterech pełnych emocji aktach kurtyna opada. W ożywieniu opuściliśmy ten gmach pełen złota, marmurów i równie wspaniałych głosów. Zegary wskazywały, że już dochodzi dziesiąta. Jednak ta noc miała być jeszcze długa…

CDN.

Źródła grafik:

  • zbiory własne
  • wikimedia.org/wikipedia/commons/7/70/Lviv_Opera_House_%285447208945%29.jpg
  • opera.lviv.ua/wp-content/uploads/2017/08/Nabucco-078-1024×682.jpg

 

Powiązane posty

Dodaj komentarz