Lviv. Marmur i błoto – cz.1

Czasami doświadczamy nostalgii za rzeczywistością, do której nigdy nie mieliśmy dostępu. Odczuwamy stratę, choć niczego nie straciliśmy. Wyobrażenia minionego czasu wpływają na nas bardzo dosadnie. Urojona tęsknota osadza się na przedmiotach, w kartach powieści, w melodiach piosenek i miejscach. Niepowtarzalna aura rozciąga się wśród kamienic, brukowanych ulic, wyziera ze starych tynków i porośniętych mchem tablic. Takie wrażenia sprawia Lwów – miasto im bardziej swojskie, tym bardziej obce.

Założony w połowie trzynastego wieku przez króla Rusi Halickiej nieprzerwanie rozpościera swój urok na pograniczu wschodniego Roztocza i Wyżyny Podolskiej. Smagany wiatrami historii przechodził z rąk do rąk. Byli tu Rusini, Węgrzy, Polacy, dziś zaś nad Lwowem powiewają niebiesko-żółte flagi. Kulturowe bogactwo, tradycja i różnorodność wciąż przyciągają przybyszów ze Wschodu i Zachodu. Język ukraiński rozbrzmiewa tu wespół z polskim, angielskim i rosyjskim.

Oczarowani tym wyobrażeniem rok 2018 postanowiliśmy przywitać właśnie tutaj – pośród zabytków renesansu i baroku, wśród klasycystycznych i secesyjnych konstrukcji, ciasno przylegających do zatłoczonych uliczek poprzecinanych pędzącymi tramwajami. Nim jednak było nam dane to zobaczyć, czekała nas jeszcze długa podróż. Do pokonania blisko 900 kilometrów w linii prostej – w praktyce znacznie więcej, bo oczywiście drogi i tory kolejowe prosto do Lwowa nie prowadzą.

O dziewiętnastej 29 grudnia zaczęła się przeprawa. Pociąg wyruszył z Gdyni, zaś niedługo później, w Sopocie, wraz z przyjacielem dołączyliśmy do naszego grona. Od zatrzaśnięcia drzwi przedziału wciągnęły nas dyskusje – o esejach Herberta, sztuce, historii, geopolityce. Wraz z upływem kolejnych godzin repertuar się rozrastał, by osiągnąć swój kres w postaci uwag o reklamach preparatów rzekomo powiększających penisa (+5, +10, +15 cm – ostrożnie!). Byliśmy fizycznie i umysłowo wykończeni. Na nic zdawały się próby zmrużenia oczu w nadziei, że kiedy już dotrzemy na miejsce, będziemy mogli spożytkować pierwszy dzień na Kresach jak najpełniej.

Podróż ciągnęła się niemiłosiernie. Pociąg miał opóźnienie. Pierwszych pięć godzin było do przeżycia, przy dziesiątej zamiast mózgów mieliśmy roztrzęsione galarety, a kiedy wreszcie po niemal czternastej godzinie nasze stopy dotknęły zimnego betonu przemyskiego dworca, chciało się powiedzieć: ostrożnie!

Zajęci układaniem w głowie skarg do Amnesty International, ruszyliśmy czym prędzej ku pobliskiemu grzęzawisku, dowcipnie nazywanemu przez tutejszych postojem autobusowym. W dymie kilku tanich papierosów komponujących się z aurą Przemyśla, doczekaliśmy upragnionego poPRLowskiego wehikułu. Tym samym od przejścia granicznego w Medyce dzielił nas już tylko kwadrans.

Medyka, wiekowa wieś, licząca nieco ponad dwa i pół tysiąca mieszkańców, była naszą bramą na Wschód. Sklep, postój samochodowy, kilka domów i ulic, rozpościerających się wokół przystanku – tyle. Znajdują się tu też również zabytki, takie jak zespół dworski czy kompleks budynków kościelnych. Nie to jednak nas interesowało. Naszą drogę wytyczały oliwkowe płoty, zwiastujące, że już nieopodal rozciąga się upragniona granica.

W okolicy dało się zauważyć wielkie tablice zakazujące sprzedaży towarów obłożonych akcyzą. Tu jednak nikogo to nie zniechęcało. Nie szło zrobić kroku, by nie zobaczyć licznych skupisk ludzi handlujących wódką i papierosami. Starsze kobiety o głowach obwiązanych chustami, mężczyźni o spuchniętych twarzach i bujnych wąsach. Rzesze ludzi o zrezygnowanym spojrzeniu i przeoranych zmęczeniem rysach tułały się po Medyce. Wtedy poczułem, że jest to już inny świat i nie ma w tym nic zabawnego. Tutaj czas zatrzymał się i tak stoi w miejscu nieprzerwanie co najmniej od lat 90. Zatem ruszyliśmy ku Ukrainie.

Wpierw minęliśmy polski punkt graniczny. Okazanie paszportu, celnik kiwa głową, odprawia nas entuzjastycznym „dziękuję”. Następnie czeka nas spacer między kolejnymi ogrodzeniami aż do strony ukraińskiej. Sytuacja się powtarza, tylko entuzjazmu jakby trochę mniej. Wokół daje się zauważyć grupki turystów, którzy podobnie jak my będą żegnali stary rok na placach Lwowa. Po kilku chwilach strażnicy kierują nas dalej, toteż z samochodzikami z tuszu odbitymi w paszportach kierujemy się na pobliskie ulice. Slalomem pokonujemy dziury na drodze i nierówności chodników, aby czym prędzej wymienić w kantorze pieniądze na przejazd marszrutką.

 

Kurs ukraińskiej waluty od tygodni spadał na łeb na szyję – ta tendencja wciąż się utrzymuje. Z perspektywy turysty jest to bardzo wygodne, a jednak daje się odczuć moralną dwuznaczność sytuacji. W czasie naszej wizyty jedna hrywna to było niewiele ponad dwanaście groszy, zaś czterdzieści dwie hrywny kosztował nas przeszło 80-kilometrowy przejazd z granicy do najpiękniejszego miasta ukraińskiej części Galicji.

Wsiadłszy do wypełnionego po brzegi marszrutnoje taksi ruszyliśmy do Lwowa. Ścisk jak między młotem a kowadłem, rozchwiany mikrobus rytmicznie podskakuje na wertepach, przechylając się przy tym to w prawo, to w lewo, a nam jest już wszystko jedno. Byle tylko dotrzeć jak najprędzej, minąć wsie o nieutwardzonych drogach, małe miasteczka przeżarte ponurym socrealizmem, rozsiane w okolicy domy zdające się być raczej szopami niezdatnymi do życia. Ten krajobraz, poprzecinany ugorem, ciemnymi pochylonymi trawami i wszechobecnym błotem towarzyszył nam prawie dwie i pół godziny. Aż w końcu przed oczami zamajaczyły wyczekiwane przedmieścia.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *