Listy do samego siebie – Reko (cz. 2)

Druga część opowiadania „Reko”. Czas mija, a strata nie przestaje boleć.

 

Rekonstrukcja to ciekawe zjawisko. Banda starych dzieci udająca regularne wojsko sprzed lat biega po polu, strzelając do siebie nawzajem. Jednak nie z zabawek, a z prawdziwej broni. Tyle, że na ślepaki. Niewielka różnica. Kopie jednak bardzo podobnie.

Wielu uważa to za głupotę, stratę czasu, czy po prostu dziecinadę. Nie można ich za to winić. Każdy ma swoje zdanie, ale niech najpierw przekona się na własnej skórze, o czym mówi. Potem pogadamy.

Czym dla mnie jest reko? Szansą na lepsze zrozumienie tego, co było. Żadna książka, żaden film, żadna gra nie opowie ci lepiej o tym jak mogli się wtedy czuć walczący. Tak samo jak oni, taszczysz nie tylko broń, ale i kilogramy sprzętu. W niewygodnych butach, uprzykrzającym życie mundurze, z gnatem na ramieniu przemierzasz pole bitwy, modląc się, aby nie skręcić sobie nogi. Albo karku.

Głównie ten gruby, ciężki oraz pieruńsko ciepły, ograniczający ruchy mundur daje w kość. Pękanie w szwach jest zbawieniem w najtrudniejszych momentach. Mimo to ile razy ocalił mi życie? Ile razy kończyłem z przypalonymi rękawami, nogawkami, plecami? Ile razy pojawiały się „awarie”?

Ile razy zdarzało się tracić zdrowie, czas i nerwy, aby przejechać pół kraju dla postrzelania sobie ze starej broni? Ile paliwa na to poszło? Czort jeden wie.

A jednak jechało się znowu. To takie specyficzne hobby, jakie człowiek nosi ze sobą i może być z tego dumny. My, zamiast zbierać znaczki, zbieramy tak zwane sylwetki. Pełne stroje z odpowiednich, wybranych przez siebie epok. Także łuski z broni, z jakiej strzelaliśmy. To bardziej w formie pamiątek. Niektórzy w głupszy, czy mniej przyjemny sposób zbierają rany.

Wspomnienia zostają na zawsze, a opowiadanie historii z obozu, czy z samej rekonstrukcji? Można zostać bezpardonowym gawędziarzem!

Chyba mi przynajmniej tak już zostało.

Ech, reko miało to coś w sobie. Było zaraźliwe, szalenie odurzające i piekielnie uzależniające. Oraz piekielnie niebezpieczne. Było, bo już nie jest moją dyscypliną. Niestety. Zdrowie jest mimo wszystko o wiele ważniejsze, a moje serce z wolna nie wyrabiało.

Ludzie sportów ekstremalnych najpewniej podobnie widzą swoje zajęcie. Wiedza o niebezpieczeństwie, możliwym stałym uszczerbku na zdrowiu, czy nawet utracie życia. To coś, co zawsze towarzyszy ci, kiedy świadomie wchodzisz na zasiane minami przez pirotechników pole. Kiedy po raz pierwszy tego dnia ładujesz broń.

Tego się nie zapomina. Nigdy.

Pewnie także przedstawicieli sportów ekstremalnych spotyka dylemat, kiedy mają się wytłumaczyć, czemu to coś właściwie robią. Odpowiedź „bo to fajne” z reguły nie satysfakcjonuje pytającego, który z miejsca drąży temat. A ty, człowieku, myśl jak to wyjaśnić.

Bo to tak łatwo się właśnie nie da. Robimy to, bo to uwielbiamy i doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, że może nam się coś stać. To jest w tym chyba najlepsze.

Z mojej strony dla przykładu zwiedzałem Polskę po szpitalach. Co rekonstrukcja lądowałem na izbie przyjęć, a to z odwodnienia, a to z utraty przytomności. Gdzieniegdzie lekarze, jak mnie widzieli poznawali z miejsca. Uśmiechali się niechętnie mówiąc:

-Ach, to znowu pan, panie Mariuszu.

I tak było prawie zawsze. Prawie, bo zdarzyły się przypadki, że po starciu zwyczajnie wracaliśmy do obozu. A co się działo w obozie?

Obóz był kwintesencją całego wyjazdu. Rekonstrukcja mogła się dla nas nawet nie odbyć; cieszyliśmy się swoim towarzystwem, bawiąc się aż opadniemy z sił.

Mimo to, kiedy trzeba było pracować nawet na kacu kopaliśmy łopatami okopy choćby przyszło robić to po kolana w glinie. Maszyny ciężkie były rzadkością, rarytasem, ale się zdarzały. Po robocie wracało się do obozu, wymieniało łopaty oraz szpadle na butelki – bawiło się dalej.

Przed samą inscenizacją byliśmy sprawdzani, lecz póki ładunki nie były rozłożone, a broń nierozdana, to hulaj dusza. Zdarzało się nawet, że siadaliśmy przy jednym ognisku z mundurowymi nieważne, z jakiej formacji.

I tamtego wieczora wszyscy po udanej rekonstrukcji woleli noc jeszcze poświęcić dla siebie. Organizator zapewniał nam miejsce do końca tygodnia, więc mogliśmy siedzieć, robić swoje oraz niczym się nie przejmować.

Kolia, czy raczej Kacper pogratulował mi brawurowej akcji. Poprosił jedynie abym trzymał się trochę bliżej brata, co by mi trzepnął jakbym się za bardzo znowu wczuł. Przyjąłem radę ze szczerym uśmiechem. Do końca rekonstrukcji bałem się o jego stan zdrowia.

Najciekawszym z widoków był ten, kiedy po bitwie mogłeś spojrzeć na pokiereszowane, nadpalone pole. Wtedy pirotechnicy jeszcze sprzątali pozycje, wysadzali niewypały. W wieczornej porze oświetlone nieśmiało przez ciepłe, pomarańczowe promienie zachodzącego słońca okopy wydawały się nieregularną bruzdą wykopaną przez dziecko na plaży. Widok z jednej strony piękny, lecz jednocześnie dogłębnie przerażający.

Tym bardziej, kiedy pomyślisz, że to zaledwie namiastka samego przedsionka piekła.

Wieczory, czy noce spędzaliśmy zwyczajowo nad ogniskiem. Żar płomieni bijący prosto w twarz pobudzał zmęczone lica wszystkich zebranych. Każdy z nas uzbrojony po jednym piwie różnych marek. Bursztynowy płyn chłodził ciało, uspokajał skołatane myśli, a także rozluźniał obyczaje. Niezależnie od strony, jaką prezentowaliśmy spędzaliśmy czas razem bawiąc się, wspominając, lecz przede wszystkim pijąc.

RAZEM.

Nie było podziałów. Nie istniały. Każdy był równy niezależnie od wieku, poglądów, pochodzenia. Tak przynajmniej było u nas. Kiedyś grono rekonstruktorów Wielkiej Wojny było szczelnie zamknięte i bez dogłębnego sprawdzenia nie mogłeś się do niego dostać.

Mnie wciągnął tam brat. Byłem w pierwszej liceum, kiedy zacząłem biegać na rekonstrukcje. Potrzebowali medyka oraz mieli jeden wolny komplet mundurowy. Nie mogłem odmówić.

Ba, są nawet zdjęcia, kiedy rozpoczęcie mojego drugiego roku ludzie z naszej jednostki przyozdobili swoim udziałem. Zdobne mundury gdańskich grenadierów oraz niebezpieczne spojrzenia kolegów z grupy zaskakiwały licealistów. Piąty pułk po raz kolejny świecił przykładem.

Pamiętam zaskoczony i dogłębnie przerażony wzrok mojej nauczycielki od angielskiego. Tym bardziej, kiedy przywitałem ją pięknym niemieckim ze sztucznym (ale zawsze) bawarskim akcentem. Przez dobry miesiąc miałem spokój.

Zdarzało się jednak, że nie każdy z nas – jak to w życiu bywa – miał tyle szczęścia, by rok w rok świętować z nami rocznice bitew. Tutaj lepiej mieli ci z „luźnych” epok, mniej zintegrowanych. Mało kto kogo znał i czy urżnął się w trupa, czy zmarł to niewiele kogokolwiek obchodziło.

Nas strata kogokolwiek bolała. Wszystkich.

Wieści z południa zawitały do Gdańska w ostatnich dnia marca. Media społecznościowe wyprzedził telefon od dowódcy. Tego samego wieczora spotkaliśmy się wszyscy na Świętego Ducha.

Ten bar już nie stoi, lecz kiedy tamtego pamiętnego dnia zeszliśmy się znowu, był to ostatni rok jego służby. Nazywali go rzeźnią. Na ulicy Świętego Ducha było tylko jedno takie miejsce gdzie mogłeś spotkać rekonstruktora w naturalnym środowisku poza mundurem i, tak zwanym, szpejem.

W piwniczce przy jednym stole usiadło sześciu mężczyzn. Wszyscy z tęgimi minami zatopili spojrzenia w kuflach. Nikt nie miał ochoty odezwać się pierwszy, ale ktoś musiał to zrobić.

Dowódca niechętnie przyjął honory rozpoczęcia:

-Panowie – słowa wyraźnie ciążyły mu na gardle. – Poprosiłem was o zebranie w celu już dobrze znanym wam wszystkim. Nasz przyjaciel, towarzysz broni, dla wielu także i brat, Grzegorz Łupica… odszedł na tamten świat.

Atmosfera była ciężka jak ołów. Nikt nawet nie tknął piwa w ciszy jedynie patrząc, jak ulatuje gaz.

-Jak to się stało? – Michał, jeden ze strzelców, zadał, jako pierwszy to pytanie

-Zawał. Rozległy. Lekarze całą noc walczyli o Grześka. Bóg chciał jednak inaczej.

Bóg. W ustach dowódcy słowo to brzmiało na wymuszone. Jako odwieczny rekonstruktor niemieckiej strony zawsze zastępował je germańskim „Gott”. Tym razem nie zdobył się nawet na swój nawyk.

-Świat stracił kolejnego wielkiego człowieka – dodał mój brat z żalem. – Szkoda, że tak mało osób o nim słyszało i szkoda, że raczej nie będą już mieli okazji.

-Kiedy pogrzeb? – starszy z braci Potkiewiczów wszedł w ostatnie słowa Marka.

-W niedzielę – skrzywił się dowódca. – W jego rodzinnym mieście. Cały Przasnysz będzie go żegnał. Bez niego to miasto nie będzie już tym samym.

-To kto poprowadzi teraz jego lazaret? – zamartwiał się dalej Igor Potkiewicz – Był prezesem grupy! Do tego jedyną osobą, która jako tako trzymała ją w jednej całości. Co z nimi?

-Nie wiem – dowódcy zadrżał głos. – Nie mam pojęcia.

Milczeliśmy długo, aż piwo w końcu się rozgazowało. Syknąłem bardziej z bezsilności niż ze złości. Lubiłem Grześka. Jako medyk niejednokrotnie pomagałem mu przy lazarecie. Podczas obrony Twierdzy Boyen poprzedniego roku to ja zanosiłem rannych do niego.

Szlag, zbyt szybko odchodzą ci najlepsi. Zbyt szybko odchodzą przyjaciele.

-Chłopcy – brat podniósł swój kufel ponad stół – nie zostało nam już nic innego niż tylko wypić za jego pamięć. Grześka opłakuje cała brać i wszystkim go brakuje. My dla niego niewiele więcej nie jesteśmy w stanie zrobić.

Przybiliśmy razem kufle żegnając najstarszego z przyjaciół.

Spoczywaj w pokoju. Niech ci ziemia lekką będzie.

Powiązane posty

Dodaj komentarz