Listy do samego siebie - Reko (cz. 1)

Listy do samego siebie – Reko (cz. 1)

Z jednej strony cieszę się móc po raz kolejny zaprezentować na łamach gazety swoją twórczość. Z drugiej strony kiedy zaledwie patrzę na tytuł tego opowiadania, mam mieszane uczucia. I to nie jako autor, który je stworzył. Bardziej jako człowiek, który stracił przyjaciela.

W pierwotnej wersji całość miała zakończyć się inaczej, jednak życie układa swoje historie. Przez stratę postanowiłem zmienić większość tekstu w całości dedykując go przyjacielowi oraz towarzyszowi broni. Niech spoczywa w pokoju.

Reko

Ku pamięci Mariuszowi Łyszkowskiemu

Z cyklu „Listy do samego siebie”

 

Dym zasłonił świat. Zrobiło się siwo; zniknęli moi, przepadł wróg. Słyszałem jedynie krzyki oraz wystrzały następujące jeden po drugim. Czasem synchronizowały się w krótkie salwy. Brzęczał metal, świszczał wiatr. U szczytu wzgórza, którego broniła resztka pruskiego wojska, rozpętało się piekło.

Przylgnąłem do ziemi, kiedy dopadł mnie huk wystrzałów dochodzący z lewej niebezpiecznie blisko. Kanonada ognia podgrzała i tak ciepłe, piekące skronie, lipcowe powietrze. Ciężko było oddychać. Zarówno każdy wdech jak i wydech skutkował bólem na całej długości krtani.

Sztuczna, szara mgła lekko rozmyła się wraz z silniejszym podmuchem wiatru. Promienie słońca uderzyły w moje oczy, oślepiając momentalnie.

Dzień był piękny, lecz doskonale psuł go klejący się do ciała, przesiąknięty potem mundur. Niewygodny, ograniczający ruchy, ciężki. Grube sukno było ostatnim, czego człowiek pragnął, a musiał to dziadostwo nosić. I jeszcze dodatkowe kilka kilo oporządzenia!

Słońce bezlitośnie piekło w twarz. Poparzona skóra przypominała o sobie przy choćby najmniejszym grymasie. Nie było gdzie się schować przed żarem. Tym bardziej, kiedy wróg szalał ci nad głową.

Lało się z człowieka potokami szerszymi od Motławy, czy nawet samej Wisły! Smród własnego ciała przebijał tylko odór spalonego mięsa, zwęglonych domów, czy płonącego pola. W nosie kręciła nuta świeżej krwi, która pokryła moją twarz. W dużej mierze nie należała do mnie.

Manierki wyżłopałem już dawno temu. Obie, i ta przydziałowa, i ta medyczna – półlitrowa na pasku – skończyły się w mgnieniu oka. W wyschniętych ustach piętrzył się piach, łącząc się z klejącymi resztkami śliny tworząc maź o konsystencji gotowego do położenia betonu.

Zasmakowałem ziemi jednocześnie podnosząc tumany kurzu w momencie upadku. Boże, pobłogosław tego, co wymyślił hełmy! Może i skórzana, ale to tylko dzięki pikielhaubie nie przydzwoniłem czołem o wystający kamień. Zabolało – fakt, ale czaszka cała! Hełm podskoczył tylko na pasku, metalowy róg zabrzęczał o przeszkodę zapamiętując spotkanie lekkim wgłębieniem oraz rysami.

Szary mundur z wolna stawał się brązowawy, a tu i ówdzie przybierał barwę posoki. Dopiero teraz zobaczyłem, że krew zdobi większość mojej kurtki od kołnierza po choćby mankiety. Zmiętolona opaska medyczna na lewym ramieniu z każdą minutą przelatywała kolejne pozycje w skali szarości. Pomijam uwalone wszelkim draństwem oporządzenie.

Nie zwracając uwagi na jakiekolwiek trudności repetowałem czterotaktowy zamek karabinu. Pusta łuska wyskoczyła smętnie, natychmiast zastąpiona przez świeży nabój. Przez wszystkie zapachy przebiła się charakterystyczna woń wystrzelonego prochu. Ach, afrodyzjak każdego, kto kiedykolwiek go spróbował.

Usłyszałem wroga zbliżającego się z naprzeciwka. Carski żołnierz musiał mnie nie zauważyć, choć stał prawie nad moją głową. Dzielił nas może krok; maksymalnie dwa. Strzelał z biodra ze starego Mosina nie mierząc nawet przez sekundę. Krzyczał w niebogłosy w swoim języku, przeklinając kolejno każdą matkę, jaka poczęła choć jednego z pruskiej armii. W jego oczach malował się nieopisany gniew.

Niczym z procy wyskoczyłem z ukrycia, kolbą Mausera odbijając na bok jego broń. Mosin odskoczył żałośnie, a przeciwnik jęknął widząc niespodziewany ruch tuż przy sobie. Zwaliłem się na niego całym ciężarem łapiąc rękoma gardło, dusząc niemiłosiernie.

Mój karabin odleciał gdzieś na bok. Chwilowo nic mnie nie interesowało. Skupiłem się na przeciwniku, którego przygniotłem sobą blokując ruchy nogami. Byłem tylko ja, on i śmierć, jaka wisiała nad nami. Czułem jej oddech na karku, a w uszach szumiał jej cichy pomruk. Byłbym gotów przysiąc, że widziałem jak stoi obok nas czekając na to, co się stanie.

Dłonie szczelnie zacisnęły się na gardle. Carak trzymał mnie za nadgarstki usiłując zrobić cokolwiek, aby poluźnić uścisk. Nie miało to dla mnie znaczenia. Z fanatycznym oddaniem nie pozwalałem mu złapać tchu. Dłonie niczym obcęgi twardo oraz pewnie trzymały celu.

Wtem solidny kopniak zaserwowany od boku strącił mnie z przeciwnika. Puściłem, mimochodem kątem oka widząc, jak carak natychmiast łapie powietrze niczym ryba. Szeroko otwarte usta haustami połykały powietrze. Miejsce uderzenia zapłonęło piekącym bólem wypominając każdy gwóźdź podbitego buta. Runąłem jak szmaciana lalka plecakiem bijąc o brzeg starej pozycji.

Usłyszałem grzechot, coś trąciło mnie w ucho. Natychmiast przepełniło mnie beznadziejne uczucie poniesionej porażki.

Momentalnie wymacałem i poderwałem swoją broń z ziemi, niechlujnie celując w nowego napastnika. Nie kryłem zaskoczenia, kiedy po drugiej stronie lufy zobaczyłem swojego brata. Byliśmy w końcu w jednej jednostce.

-A ciebie Młody, aby nie pogrzało? – zapytał poirytowany, kręcąc głową – Opuść gnata to ci nie strzelę.

Posłuchałem. Brat spojrzał na caraka, który teraz udawał martwego, choć wciąż kaszlał z trudem oddychając.

-Wrócimy tu potem po ciebie, Kolia. Ty się nie bój. Póki, co leż i odpocznij.

Carak gestem dłoni potwierdził, że zrozumiał. Łypałem z boku na obu, nie rozumiejąc, czemu pruski żołnierz w ogóle mówi z carskim popychadłem. Przecież to niemoralne! Plus, czemu rozmawia po polsku? No dobra, z bratem jesteśmy Polakami, ale nie wypa…

Nagle dobiegł mnie szum publiki, jaka oglądała całe widowisko oraz głos narratora z rozstawionych głośników. Spojrzałem zbaraniały wzdłuż stoku wzgórza w dół dopiero zauważając zebrany naród; wyjącą, cieszącą się gawiedź, samochody, namioty z żarciem, piwem i inne takie.

Karabin sam wyślizgnął mi się z rąk. Oparłem głowę na ziemi dłonią uderzając samego siebie w czoło. Pikielhauba grzecznie ześlizgnęła się na plecy.

W bitewnym zgiełku zapomniałem, że nie jestem na wojnie.

Kolejna porcja już wkrótce. Wyczekujcie nowych wieści z frontu!

Powiązane posty

Dodaj komentarz