Listy do samego siebie – Lekcja z filozofii (cz. 1)

Chyba każdy z nas niejednokrotnie spotkał się ze zdarzeniami, które kawałek po kawałku formowały go jako człowieka, jako członka społeczeństwa. Także tutaj spotykamy się z tego rodzaju przeżyciami młodego studenta po prostu przeżywającego kolejne, nadchodzące dni. „Listy do samego siebie” to osobiste historie zwyczajne mające na celu zachęcić do zatrzymania się oraz rozejrzenia jaki to świat nas otacza.

Macie ochotę się przekonać?

„Lekcja z filozofii”

Na filozofii liczyłem tramwaje. Przez okno naszej sali widać było biegnące nieopodal wąsko rozstawione tory oraz ochoczo jeżdżące po nich tabory. Jeździły najróżniejsze modele w kilku różnych konfiguracjach kolorystycznych. Były kremowo-czerwone, biało-zielone ze znaczkiem Lechii, niebieskie z wymalowanymi dźwigami stoczni oraz twarzą Wałęsy.

Uśmiechnąłem się pod nosem ledwo zauważalnie. Prezydent miał swoją posiadłość nieopodal kampusu Oliwa, na którym się znajdowałem. Zawsze mnie zastanawiało, co sobie myśli widząc swoją twarz choćby na takim tramwaju.

Poznałem go kiedyś. Jeszcze w gimnazjum przypadła mi dumna rola oprowadzenia go po gmachu naszej szkoły. Rozpierała mnie tego dnia energia. Byłem chętny do wszelkiej pracy, a przekazanie pod moją opiekę prezydenta stało się w moim mniemaniu zaszczytem. Do samej nocy nosiłem w sercu dumę. Pamiętam, że dużo pytałem (często pewnie o możliwie najgłupsze rzeczy, jakie się da) i jakimś sposobem pan Wałęsa przetrzymywał to biadolenie.

-Proszę pana – doktor spojrzał na mnie spode łba, jednak nie wyglądał na złego. – Może się pan skupić?

Przytaknąłem przyjmując na szybko postawę uległości. Kiedy tylko odwrócił głowę, wróciłem do tramwajów jednym uchem słuchając wykładu. Mowa była ogólnie o tym, czym jest filozofia i kim jest filozof- rozważaliśmy sprawę przedmiotu, który zajmował się myśleniem o myśleniu.

Dla nas, studentów administracji był to zaledwie twór uczelniany wypełniający lukę. Prowadzony w małym pokoiku wykład do wyboru, jaki trzeba było odbębnić. Mimo to nie zapisałem się na filozofię tak dla żartów. Ciekawiło mnie, co może się stać na takich zajęciach; na filozofii.

Więc liczyłem tramwaje. Nie mogłem za diabły zapamiętać numerów czy choćby nazw stacji końcowych. Jeździły na granicy mojego wzroku, gdyż wada i za słabe okulary już nie pozwalały mi na zbyt wiele. Nawet na tak – powiedzmy sobie szczerze – małą odległość.

Niektóre jeździły z prawa na lewo w stronę Wrzeszcza, inne z lewa na prawo w stronę pętli w Oliwie. Zastanawiało mnie jaką maksymalną prędkość może osiągnąć taki tramwaj. Nie było to jednak pytanie na tyle dręczące, abym sprawdził wtedy czy kiedykolwiek później.

-Aby zrozumieć filozofię – słowa doktora jakimś cudem oderwały mnie od okna – musimy zapytać samego siebie, kogo postrzegamy, czy nawet kogo uważamy za filozofa – przerwał na chwilę lustrując całą salę. – Zatem? Jakie jest wasze zdanie? Kto dla was jest filozofem współczesnym?

Wszyscy milczeli. Raczej z braku jakiejkolwiek chęci odezwania się niż z niewiedzy.

-Nikt? – zapytał doktor udając zaskoczenie

Spodziewał się milczenia. Skubany.

-Muszą to być Polacy? – zapytał ktoś z głębi sali, ale nie złapałem kto.

-Czy tylko Polacy zostawali filozofami? – zarzucił pytaniem retorycznym rozśmieszając część zebranych.

Wymuszony szmer pojawił się za moimi plecami. Nie zwróciłem szczególnie uwagi gdzie miał swoje źródło.

Kolega się speszył, ale ktoś obok podjął temat.

-Taki Gandhi na przykład. Ten to był filozof!

-No dobrze, niech będzie. Dalej?

Ktoś walnął jakiegoś piosenkarza zza oceanu, posypała się fala polityków z całego świata. Padło nawet nazwisko Fidela Castro, jeśli mnie pamięć nie myli. Nie było nawet jednego Polaka w dziele zebranym.

-I co? Bez Polaków? – doktor podjął ten sam temat, jaki także i mi narodził się pod czaszką.

-Grass – odezwałem się podpierając ręką głowę.

Prowadzący spojrzał na mnie zdziwiony.

-Günter Grass?

-Tak, ten gdańszczanin. Był pisarzem i to nie byle jakim. Nie był specjalnie Polakiem, ale z pewnością bliżej nam do niego niż do takiego Gandhiego.

Po raz pierwszy widziałem, aby doktor się uśmiechnął. Tak szczerze, a nie by momentalnie znów spoważnieć.

-A czemu właśnie on?

-Jeszcze w szkole robiłem pracę na jego temat. Pamiętam ją pobieżnie, jednak wiem, że wielu jego znajomych, jak i sami czytelnicy określali go mianem filozofa. Czytałem też jego dzieła, więc podtrzymuję moją poprzednią wypowiedź.

-No dobrze. A poza panem Grassem ktoś jeszcze? – dopytywał.

Kątem oka zauważyłem, że stałem się obiektem zainteresowania przynajmniej tej aktywniejszej części zebranych. Skupione spojrzenia wodziły za każdym moim ruchem. Nie było w nich jednak podziwu, pogardy czy zazdrości. Zdawały się być raczej nieprzytomne, resztką sił łapiąc się źródła dźwięku.

Wzruszyłem ramionami znowu zaczynając mówić. Kolejne nazwiska wypuściłem z ust bez namysłu, ale przekonany, że mam choć trochę racji.

-Andrzej Pilipiuk, Jacek Kaczmarski czy także Władimir Wysocki, ale on akurat to z Rosji.

-Słucham? Kaczmarski? – nie wiem czemu, lecz jego oczy zmieniły się w pięciozłotówki – Pozostałych mniej lub bardziej rozumiem, ale czemu on?

Chcesz się dowiedzieć co będzie dalej? Przekonamy się wszyscy już wkrótce!

Powiązane posty

1 komentarz na temat “Listy do samego siebie – Lekcja z filozofii (cz. 1)”

  1. Pingback: Listy do samego siebie – Lekcja z filozofii (P16) – Kącik Gawędy
  2. Trackback: Listy do samego siebie – Lekcja z filozofii (P16) – Kącik Gawędy

Dodaj komentarz