Gulasz ze smoka i inne przysmaki – Miss Kobayashi’s Dragon Maid

*

Wszystko się definitywnie skomplikowało. Myślałem, że na chwilę po sesji w przerwach między pracą, a licencjatem napiszę coś prostego. Także z tego samego powodu odstawiłem inny, większy tekst na później, aby posiedzieć nad nim, gdy sprawy z pierwszego frontu trochę się uspokoją. Myślałem, że poświęcę te kilka wolnych minut na jedną z ponoć lżejszych pozycji. Specjalnie wybrałem tytuł z garstki najpopularniejszych i zarazem mało zobowiązujących produkcji z listy.

Pożałowałem? Zdecydowanie nie. Jednak zamiast tytułu na jeden wieczór spędziłem prawie dwa tygodnie oglądając ciągle to samo regularnie rozpływając się z wszechobecnej słodyczy.

Gdy człowiek siedzi zapracowany nad odgórnie narzuconymi zadaniami szuka czegoś lekkiego, aby na chwilę odpłynąć i zapomnieć o całym świecie. Jedni odpalają na cały regulator disco polo wracając po nocy z pracy, inni spędzają godziny w barach pilnując, aby ich drink się sam nie „wygazował”. Alternatywą oczywiście są książki, czy filmy, lecz długie wybieranie tytułu, a co gorsze poświęcenie na niego resztki skupienia mija się z celem. Tutaj na scenie pojawia się coś, co ludzie często nazywają „odmóżdżaczem”. Mózg szuka chwili wytchnienia na ładowanie baterii i potrzebuje czegoś co po prostu będzie w tle procesu odnowy. Bez większego celu, czy sensu.

Urocze anime. Naprawdę.

Tego samego spodziewałem się właśnie po Kobayashi-san Chi no Maid Dragon, czy jak głosi angielski tytuł Miss Kobayashi’s Dragon Maid, które na rynku zadebiutowało w formie anime na początku 2017 roku. Klasycznie zanim sięgnąłem po ten tytuł przejrzałem o nim szereg opinii, który, szczerze mówiąc, za wiele mi nie powiedział. W Internecie spotkamy mniej więcej tylu hejterów wobec wymienionej produkcji, co jej zwolenników.

Tutaj też pozwolę sobie podkreślić, że dopiero w tym przypadku zrozumiałem dewastującą moc okrytej złą sławą Zasady 34 (Rule 34) panoszącej się po sieci. Wielu ludzi wie, iż piszę serie o anime i wiele osób się z tego cieszy, lecz śmieszków rzecz jasna nie brakuje. Gdy na jednej imprezie pochwaliłem się znajomym, że pracuję aktualnie nad tym tytułem jeszcze tego samego dnia dostałem serię grafik mających na celu mnie najpewniej podłamać na duchu. Udało im się. Aż przykro się patrzyło, jak tak niewinne istoty są przedstawiane w – delikatnie mówiąc – nieprzyzwoitych sytuacjach.

Niemniej, pomijając jakże wątpliwą przyjemność, wróćmy do meritum.

Założenie produkcji jest stosunkowo proste: mamy naszą protagonistkę – Kobayashi – żyjącą spokojnym, zwykłym życiem w sercu Japonii. Jednak pewnego poranka, po „naukowej” nocy w towarzystwie C2H5OH, budzi się z kacem-mordercą oraz z nową pokojówką. Jej podekscytowana towarzyszka od samego początku nie kryje oczywiście faktu swej natury. Tooru – bo tak jej na imię – to  bardzo energiczna, młoda smoczyca pochodząca z innego świata, z frakcji chaosu będącej właściwie w stałym konflikcie z wszystkim, co żyje. No może poza naszą Kobayashi.

A ty dlaczego jeszcze nie oglądasz naszych przygód? Coś jest z tobą nie tak człowiek?

Z każdym kolejnym odcinkiem, czy nawet z każdą kolejną minutą ich ciekawy związek nabiera coraz więcej kolorów. Z jednej strony jest słodki i niewinny gdy dwie panie pochodzące z różnych środowisk budują między sobą (oraz innymi postaciami pojawiającymi się w kolejnych epizodach) prawdziwie rodzinną więź. Z drugiej zaś strony ta sama formująca się więź jest delikatnie niepokojąca. Choćby wielokrotnie Tooru, próbując pokazać jak bardzo kocha swoją panią, podaje jej posiłki z posiekanym i odtrutym mięsem z własnego ogona. Dosłownie! Szczęśliwie Kobayashi stale trzyma gardę wysoko pilnując się, aby nie wdepnąć na minę. Nie zawsze jej to wychodzi, lecz to jest pewien urok tej produkcji.

Tym samym – coś czego się bałem, że będzie kolejnym „mózgotrzepem” okazało się bardzo rozbudowaną oraz ciekawie przemyślaną historią o rodzinie, nauce codziennego życia oraz poświęceniu się dla tych, których się kocha. Jak raz może nie było mi źle z powodu mojego wstępnego błędnego założenia, lecz poczułem gigantyczną ulgę w momencie, gdy moje przypuszczenia okazały się nieprawdą.

Do tego całość nie jest wcale długa. Posiada, po prawdzie, kilka dodatków, czy odcinków specjalnych, jak choćby ten na Walentynki (patrz święto murarzy), jednak jak złapie was fala wydarzeń ciężko będzie wam nie obejrzeć całości w jeden wieczór.

Niemniej cały czas gloryfikuję ten tytuł, ale czy nie ma on żadnych mankamentów? Nie nazwę tego może błędami, a sporymi, zrozumiałymi różnicami między naszymi kulturami, które mnie wprawiają w srogą konsternację. Tym jednak, z oczywistych względów, się nie zajmiemy.

Głównym grzechem, który mogę tutaj przytoczyć to nie tyle przerost formy nad treścią, co pewna niespójność. O ile ciąg wydarzeń jest tym czym miał być gdyż wszystko ma jakieś swoje wytłumaczenie to w wielu miejscach, moim zdaniem, jest to trochę naciągane. Coś na zasadzie, że jak opisujemy postacie fantastyczne, które nie występują normalnie w naszym świecie to tym oczywiście wszystko wolno i uchodzą z wszystkim na sucho. Już pomijam barierę językową ale bez tego byłoby mało produkcji, które miałyby większy sens.

Dla przykładu trochę nie rozumiem podziału smoków na frakcje. Wiem, że taki temat jest oczywiście popularny gdyż w wielu seriach coś tego typu już występuje. Pojawiają się więzy krwi, klany, grupy, czy nawet zakony uskrzydlonych gadów natomiast tutaj podział jest stosunkowo nielogiczny. Mamy dobro i zło. Niewiele więcej. Oczywiście wszystko o czym teraz piszę pełni rolę drugoplanową, lecz jak się na to spojrzy uważnym okiem psuje to trochę obraz całości.

I weź tu się człowieku nie zakochaj!

Wtem natomiast wraca logiczne myślenie i zdrowy rozsądek. Mówimy tu o anime z podgatunku tych, które mają za zadanie przynieść odbiorcy uśmiech. Nie mają na celu zbudowanie szerokiego, sensownego świata, lecz przyjemną historię, abyśmy sami, bądź z najbliższymi spędzili miło chwilę czasu oraz choć na moment zapomnieli o szarości codziennego życia. To założenie produkcja spełnia wzorowo. Jest kolorowa, trochę cukierkowa, lecz przede wszystkim jest po prostu przyjemna.

Tymi słowami skończę ten krótki wpis. Z mojej strony solidne 9/10 oraz szczere polecenie właściwie dla wszystkich. Na za długie wieczory, na nudny, szary dzień, na przerwę, na co dzień. Jakkolwiek, gdziekolwiek i kiedykolwiek będziecie chcieli poznać historię tej zwariowanej parki zawsze będzie warto. Tymczasem ja się z wami żegnam, choć nie na długo. Dziś jeszcze raz pojawię się w apartamencie naszej Kobayashi, a jutro będę podziwiał kolejne pozycje Japońskiej animacji.

Miłego dnia

Gawęda

 

Powiązane posty

Dodaj komentarz