Emigracja krótkodystansowa, czyli miesiąc mieszkania w Niemczech – Część I

Mikołaj Kamieniecki – student i sprzedawca na co dzień, rekonstruktor i imperialny szturmowiec w weekendy. Nie umie usiedzieć w jednym miejscu, uwielbia być wszędzie i ze wszystkimi. Mówi się, że podróże kształcą, dlatego poprosiliśmy go, aby opisał nam swoimi słowami swój niedawny pobyt w Niemczech, w czasie niestety gorącego okresu Jarmarku Bożonarodzeniowego.

Na początek powinienem powiedzieć cześć i czołem. Jestem zwykłym studentem, młodym człowiekiem, który w tym pędzącym współczesnym świecie próbuje normalnie egzystować i cieszyć się z tej egzystencji. Oznacza to naukę, hobby i oczywiście pracę, która daje środki pozwalające na dwa pierwsze – piniążki.

W związku z tą pracą wylądowałem na okres około miesiąca na jarmarku bożonarodzeniowym w Hildesheim znajdującym się w Dolnej Saksonii, położonym około 30 kilometrów na południe od Hannoveru. Jest ono – według przekazów ustnych i Wikipedii – miastem studenckim, które powstało w 815 roku naszej ery i istniało przez wiele wieków jako miasto portowe na rzece Innerste. W 1945 roku, podobnie jak większość obszaru Niemiec, poszła w ruinę i aktualnie egzystuje jako prowincjonalne miasteczko gdzieś w pobliżu autostrady z Hannoveru do Kessel.

Tyle z ciekawostek prosto z przewodnika. Powiem Wam tyle – jeśli jedziecie gdzieś na wycieczkę, to warto poczytać o ciekawostkach i punktach wartych odwiedzenia. Jak jedziecie do pracy, to wierzcie mi, interesuje was tylko gdzie jest najbliższy sklep i ewentualnie jak najłatwiej dostać się do miejsca pracy. Nie zrozumcie mnie źle, z zamiłowania jestem historykiem i uwielbiam poznawać inne miasta, nowych ludzi. Jednak praca na jarmarku jest zajęciem, które zajmuje wam cały dzień i z czasem na skutek zmęczenia człowiek ma w nosie czy pracuje w Hildesheim, czy na Księżycu.

Mój pobyt na miejscu podzielony był na dwa okresy. Kilkudniowy pobyt w związku z budową i przygotowaniem stoiska do pracy oraz drugi okres, po tygodniowym odpoczynku, już tej właściwej pracy. Za pierwszym razem na miejsce dojechałem samochodem. Jedyne co mogę Wam powiedzieć – nie mamy się czego wstydzić jeśli chodzi o drogi i ruch na nich….no może poza cenami na A2, które są dosłownie kuriozalne. Drogi w Niemczech są w podobnym – jeśli nie gorszym – stanie. Co prawda jest ich więcej, ale kto narzeka, ten wiecie co. Na miejscu byliśmy w niecałe 10 godzin (kawał czasu na siedzenie). Oczywiście pierwsze ważne info – gdzie jest sklep, jak daleko od miejsca zamieszkania, jakie będą warunki bytowania i tak dalej. Do każdej z tych rzeczy przejdziemy później.

Za drugim razem na miejsce dojechałem już linią autokarową z Gdańska do Hannoveru. 13 godzin jazdy spędzonych głównie na spaniu i słuchaniu dobrej muzyczki (a jak!). W Hannoverze ogólnie byłem dwa razy i za wiele Wam o nim nie opowiem.

Czas przejść do samego aspektu życia w Niemczech. Mieszkałem w wynajmowanym mieszkanku, które znajdowało się niedaleko od ścisłej starówki miasta. Nie wyobrażajcie sobie niesamowitych standardów. Mieszkanie w stylu wczesnego Gierka było najwspanialszym widokiem po całym dniu marznięcia na zewnątrz. Studencki standard luksus plus, czyli wyro jest, łazienka z wanną i słuchawką od prysznica jest, lodówka plus mikrofalówka tak samo, znaczy można żyć. Pomijam już fakt, że mieszkaliśmy w dwie osoby, a mieszkanie było przygotowane na przyjęcie około pięciu lokatorów, więc miejsca mieliśmy nawet za dużo.

W Hildesheim jarmark bożonarodzeniowy- albo Weihnachtmarkt, jak ktoś woli po niemiecku- odbywa się na rynku, czyli na Makrtplatzu. Dawne serce starego miasta, które mocno się zmieniło po 1945 roku. Sami skądś to znamy, więc nie zrobił na mnie wrażenia fakt, jak lokalni ludzie odbudowali swoje „zabytki”. Na miejscu wszystko skupione i ściśnięte tuż obok siebie, każdy siedzi w swoim drewnianym domku i sprzedaje równo od 11 do 20. Może to się wydawać śmieszne, ale wiekowy żarcik o Niemcach, że porządek musi być, jest jak najbardziej trafiony.  Z góry dokładnie było określone jak ma wyglądać nasza egzystencja na tym jarmarku, od A do Z przez β. Sklep ma być otwarty punktualnie o 11 rano i zamknięty równo o 20. W tym czasie wokół stoiska ma być zamiecione, przed jarmarkiem zgłoszone na policję kto zajmuje dane stoisko (razem z przekazanym numerem telefonu osoby odpowiedzialnej za stoisko). Tyle z teorii.

Jak taki jarmark wygląda w praktyce? Powiem Wam w ten sposób – może ja jestem jakiś dziwny, ale dla mnie w Polsce tradycja takich targów świątecznych jest niewielka, jeśli nie znikoma. Kiedyś tam z raz byłem na spacerze po takim jarmarku u nas, ale wyglądało to dla mnie bardziej tak, że wydarzenie jest, bo jest i tyle. W Niemczech natomiast tradycja jarmarku jest mocno zakorzeniona i według wielu relacji mieszkańców, z którymi rozmawiałem, jest nieodzownym elementem przygotowań do świąt. Nawet nie w charakterze szału zakupów prezentów i ozdób. Od tego są centra handlowe i markowe sklepy, taka cena globalizacji. Jednak główną atrakcją jarmarku jest…..jedzenie! Mówi się, że kuchnia polska jest najlepsza na świecie i już. Ciężko mi było uwierzyć w fakt, jak wielu odwiedzających jarmark robiło to tylko po to, aby zjeść sobie grillowaną kiełbasę, czyli Bratwurst. I to we wszelkiej formie. Musztarda i biała kiełbasa – smażona na palących się cały dzień grillach – wylewały się drzwiami i oknami! Niezależnie czy pora śniadania, obiadu, czy jakakolwiek godzina, ludzie jak zahipnotyzowani dreptali po bruku prosto do stoisk gdzie kupowali kiełbasy, frytki i ziemniaczki zalewane grubą warstwą musztardy lub majonezu. Oprócz tego cała kaskada wiejskich szynek, pieczywa i mniej już tradycyjnych fast foodów w postaci pizzy i hamburgerów. Oprócz artykułów okołomięsnych była też cała plejada słodyczy. Najbardziej popularnym łakociem są Schmalzkuchen. Po zjedzeniu opakowania porównałbym ten wyrób do naszych chruścików w formie takich małych poduszek, posypanych grubą warstwą cukru pudru.

Jedzenia pod każdą postacią sprzedawało się codziennie bardzo dużo, co drugi klient podchodził do stoiska mając w rękach papierowy talerzyk bądź tutkę z jakimś frykasem. Jednak nie samym chlebem człowiek żyje. Głównym symbolem jarmarku jest Glühwein, czyli nasz swojski grzaniec. Tutaj ma miejsce ciekawe zjawisko, do którego jeszcze wrócimy. Mianowicie Niemcy przyzwyczajeni są do recyklingu i sortowania śmieci i odpadów. Na pewno każdy słyszał o zwrotnych butelkach plastikowych, za które płacimy kaucje. Przy zakupie takiego grzanego winka otrzymujemy je nie w plastikowym kubeczku, ale w normalnym ceramicznym kubku z nadrukowanym wzorem związanym ze świętami. Taki zwrotny fant kosztuje 2 euro i gdy wypijemy ciepłą i wyskokową zawartość mamy dwa wyjścia. Oddajemy kubek i odzyskujemy nasze 2 euro lub zabieramy kubek ze sobą i mamy pamiątkę z jarmarku. Jak dla mnie świetny pomysł!

Oprócz jedzenia i napitków są także stoiska. Te oferują wszelkie produkty, które uzależnione są od tego, jaki sklep dostanie możliwość wykupienia miejsca w danym mieście. W Hildesheim można było kupić ozdoby świąteczne, pluszaki (z opcją podgrzania ich), biżuterię, a także takie drobiazgi jak długopisy, opakowania świąteczne i inne. Nieodzownym elementem – ponoć każdego – jarmarku w Niemczech jest tak zwana piramida bożonarodzeniowa. Jest to wieża złożona z trzech pięter, w których znajdują się wirujące figury, od dołu: żołnierzy z baśni o dziadku do orzechów, postaci trzech króli oraz Świętej Rodziny. Wieżę wieńczy coś na kształt śmigła od wiatraka z wyrytymi kształtami gwiazdy betlejemskiej. Całość jest mocno podświetlana i wiruje w takt puszczanej z niej muzyki – od kolęd po wyświechtane Last Christmas, także w wersji niemieckiej, która nawet dla Niemców jest katorgą dla uszu.

Tyle z jarmarku, w dużym skrócie rzecz jasna, ponieważ podobnie jak z większością rzeczy na tym świecie – najlepiej to zobaczyć swoimi oczyma. Ja też większość jarmarku widziałem przez okna wystawowe swojego stoiska i nie miałem za wielu możliwości skorzystania z każdej atrakcji.

Do zobaczenia w części drugiej!

Powiązane posty

Dodaj komentarz