Emigracja krótkodystansowa, czyli miesiąc mieszkania w Niemczech – Część 2

Czas na to, na co jak myślę wszyscy czekali – jak wygląda życie w Niemczech. Od razu przejdę do puenty- jeżeli nie ciekawią Cię Niemcy, to się nie porywaj- no chyba, że bardzo chcesz.

Życie w Niemczech zaczyna się w poniedziałek i kończy w sobotę. Niedziela jest dniem świętym, więc większość miejsc- oprócz niektórych restauracji i pubów- jest zamkniętych na cztery spusty. W Hildesheim niedziela była dniem pustych ulic, oczywiście poza jarmarkiem, bo przecież gdzieś trzeba się wina napić i coś zjeść, hehe. Niemiec pracuje i żyje podobnie jak my, z tą różnicą, że operuje w euro, a nie w złotówkach. I tutaj właśnie zaczyna się najważniejsza różnica. Przyzwyczailiśmy się, że wymieniamy całą taczkę złotówek za jakąś drobnicę w euro. Potem jedziemy na Zachód i liczymy każdy eurocent, bo przecież to drogie. Ze mną nie było inaczej. Choć koszt mojego pobytu (nie licząc mieszkania) był podobny do miesięcznego życia u nas, to licząc euro do złotego w stosunku jeden do jednego sprawa zaczyna wyglądać komicznie. Ja praktycznie wszystko kupowałem w markecie Netto, tam w końcu nie ma Biedronek. Nie jest to jednak takie Netto z pieskiem, który ma koszyk w pyszczku, jak u nas. Sklepy tej sieci są jednymi z najtańszych w Niemczech, obok Aldiego, który śmiało można porównywać do naszej stonki. A jak wyglądają ceny? Za pierwszym razem jak je zobaczyłem, myślałem, że się przewrócę! 1,25 litra Coca-Coli kosztował 85 eurocentów, gotowe dania mieściły się w przedziale cenowym 1 – 3 euro i tak dalej. Jeśli sobie te wartości pomnożycie 4 razy to ceny rzecz jasna wyjdą nawet podobne, jednak dla Niemca to nie są 4 złote, tylko słownie jeden euro!

Ogólnie jeśli chodzi o ceny, to sporo produktów z ich perspektywy bardzo się opłaca. Jednak dla mnie każde euro było ważne, więc każdy produkt ogląda się dwa razy i przelicza na złocisze. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać przed kupnem niemieckiego piwka, czekolady i tamtejszych napojów wysokowoltarzowych. Zacznę od czekolady, bo ta mnie rozśmieszyła najbardziej. Kupuję Milkę, bo w Niemczech ponoć lepsza. Jest fajnie, jest spoko. Tabliczka opakowana w charakterystyczny purpurowy papierek, upstrzony w niemieckich napisach traktujących o smaku i jaka ta czekolada nie jest zajefajna. Jest super, człowiek ogląda z ciekawością i na co trafia? Czekolada mleczna o smaku blablabla, pełne zdziwko. Okazuje się, że na sporej ilości produktów, tam gdzie mamy skład produktu, natrafimy na ojczysty język. Z jednej strony fajnie, że ktoś za Odrą pamięta, że mieszka tam też sporo naszych rodaków, z drugiej myślałem, że padnę, bo spodziewałem się, wiecie, niemieckiej czekolady. W ogóle jak pójdziecie do „tych lepszych” marketów to znajdziecie produkty takich marek jak Winiary czy Pudliszki. Co do dwóch pozostałych rzeczy, których musiałem spróbować: piwa, ekstra. Polecam, serio. Możecie kupić w większości przypadków 6-paki w litrażu 0,33 lub pojedyncze butelki 0,5 litra. Naprawdę jest duża różnica od naszych topowych marek, a w pubach spróbujecie lokalnych faworytów, które są czasem warte tych 2-3 euro za kufel w knajpie. A wódka? Zapomnijcie, serio, nie warto.

 

Pamiętacie temat zwrotnych butelek? Idziecie do Netto i kupujecie sobie colę. Jak pisałem – 85 eurocentów za butelkę. Idziecie do kasy, a tam wyskakuje 1,10 euro. Co się stało? Naliczyło kaucję. 25 eurocentów kaucji za butelkę plastikową. Wkurzacie się, bo kurde drożej niż napisali na półce i tak dalej. Ale wypijecie takie cztery i macie jedną niejako za darmo. Opłaca się? Moim zdaniem tak. Zbieracie potem te butelki w domu, idziecie z powrotem do marketu. Tam przy napojach stoi taka piekielna machina, z ekranu funkcyjnego biją jakieś Niemieckie ostrzeżenia i informacje. Kładziecie butelkę na taśmociąg, koniecznie pustą i w pierwotnym kształcie, bo inaczej maszyna groźnie zapiszczy i zwróci ją Wam. Jak jest okey, maszyna „połyka” z chrzęstem gniecionego plastiku puste butelki i w zamian oddaje kupon do wykorzystania w sklepie. Wooooow, jaka technologia! A tak już zupełnie poważnie – bardzo fajny sposób na recykling, a z drugiej strony zachęcenie klienta, aby wrócił do sklepu. Z tego co wiem nie można zwracać butelek w innym sklepie niż się kupiło, ale nie sprawdzałem i nie mam pewności, więc nie daję tego jako pewnej karty. Jednak nie musicie jechać aż do Niemiec, żeby zobaczyć jak to działa. Niektóre sklepy w Polsce także prowadzą taką działalność.

Dobra, byliśmy w pracy, kupiliśmy sobie jakieś jedzenie i picie. Czas ruszyć na ulicę i jakoś egzystować z lokalnymi ludźmi. W końcu skoro pracujemy jako sprzedawca na jarmarku to i tak jesteśmy skazani na ciągły kontakt z klientem. Z językiem jest tak, jak wszędzie. Jeśli nie znasz go perfekcyjnie, to będzie Ci bardzo ciężko. Będąc na wycieczce czasem dostajesz taryfę ulgową, bo nie musisz wiedzieć wszystkiego. W pracy jest co innego, to Ty, Drogi Czytelniku, musisz pokazać, że wiesz co mówisz i rozumiesz co do Ciebie mówią. Tak jest zresztą wszędzie. Niemcy są narodem tzw „zamkniętych drzwi”. Oni muszą widzieć, że mogą podejść i luźno porozmawiać. Jeżeli staniesz przy ladzie, to są małe szanse, że Niemiec się przepchnie, bo chce koniecznie zobaczyć coś, co stoi przed Tobą. Poczeka grzecznie, aż odejdziesz i dopiero wtedy sam podejdzie. Tak samo to najczęściej sprzedawca musi wydobyć od Niemca, czego on lub ona w gruncie rzeczy chce, a wtedy wywiązuje się rozmowa.

Rozmowa na tematy wszelkie jest oczywiście sprawą ciekawą. Wiadomo, perspektywa jest zawsze różna i zależy od punktu siedzenia. Jednak pewne tematy były problematyczne, zarówno dla mnie jako dla Polaka, jak i dla nich jako Niemców. Nasza historia jest bardzo skomplikowana i niezręczna, wszyscy to wiemy. Jednak co było, minęło. Co było problematycznym tematem dla mnie? Może zabrzmi to śmiesznie, ale była to geografia. Skąd Pan jest, pytano mnie często. Prosto z Gdańska, odpowiadałem. Najczęstsza reakcja….a to w Prusach Wschodnich, nie? I wtedy ręce opadały. Jakie Prusy? Panie, teraz to Polska jest! No tak, ale kiedyś to były Prusy Wschodnie, moja rodzina stamtąd pochodzi. No i co takiemu człowiekowi odpowiedzieć? Dla Polaka przynależność narodowościowa opiera się o kraju. Jestem Polakiem – to znaczy, że jestem z Polski. Dla Niemców ważniejsza jest przynależność do Landu. Jestem Niemcem, ale pochodzę z Dolnej Saksonii i jestem też Saksończykiem. Bardzo często spotykałem się z ludźmi, których korzenie pochodziły z Prus właśnie. Niektórzy byli pogodzeni, że teraz to Polska, inni już mniej. Po dwóch tygodniach nauczyłem się odpowiadać, że jestem z Polski, z Pomorza. To ucinało najczęściej wszelkie rozmowy o podłożu geograficznym. Zdarzały się ciekawe rozmowy, kto skąd pochodził i co przeżył, ale najczęściej nie było czasu na dłuższe pogaduszki, a szkoda. Na marginesie tylko dodam, że podczas wracania do domu doszedłem do wniosku, że my wcale nie jesteśmy lepsi krzycząc, że Wilno, Grodno, czy Lwów są polskie. Ale nie pytajcie co w związku z tym, o łatwiejsze problemy między narodami wybuchały już konflikty.

Drugim problematycznym tematem był okres  historii Niemiec przypadający na lata 1933-1945. Dla nich ten czas w zasadzie nie istnieje. No poza okresem marzec-maj 1945 roku. Tragedia jaka dotknęła etniczne tereny niemieckie odcisnęła potężne piętno na psychice wielu pokoleń, które już przeminęły, ale także tych, które myślę, że jeszcze nie nadeszły. Krzywda ludzka jest oczywiście rzeczą straszną, jednak wśród wielu narzekań jakie słyszałem, że Hildesheim doszczętnie zniszczyły bomby alianckie, jakoś zawsze zanikał fakt, że przez wcześniejszych 6 lat w zasadzie w podobny sposób spłonęło od bomb – także niemieckich – w zasadzie pół Europy. Niestety, tak jak mówiłem – dla Niemców okres 1933-1945 nie istnieje, więc rozmowa na ten temat była w zasadzie bezcelowa.

 

Zanim skończę muszę wspomnieć o dniu, który pokazał ważny aspekt życia Niemców. 19 grudnia wszelkie media obiega straszna wieść o zamachu terrorystycznym w Berlinie. Telefony się urywają, rodzina i znajomi wydzwaniają z pytaniami o moje bezpieczeństwo, a portale informacyjne i niemiecka telewizja huczą od ilości zabitych i hipotez jak do tego doszło. Dla nas, przebywających na miejscu, był to szok, ale do pracy następnego dnia i tak trzeba iść. Z perspektywy czasu wywnioskowałem jedno. Ludzie w Niemczech żyją w strachu i to wcale nie zamach był jego przyczyną. To był tylko punkt przełomu. Ze statystyk, które poznałem w Hildesheim wynika, że raz na około 5 minut kradziony zostaje rower. Większość klientów opowiadało, że nie chodzi już z kartami płatniczymi, z większą ilością gotówki. Mnóstwo starszych osób idzie ulicą w obawie przed napaścią. Ludzie tam żyją w zasadzie non stop w strachu. Zamach jeszcze bardziej ten strach nasilił. Dzień po tym wydarzeniu na ulice wyszła policja uzbrojona w pistolety maszynowe MP-5, a im bliżej było świąt, tym lepiej wyposażeni funkcjonariusze patrolowali miasto. Tuż przed świętami bardziej przypominali oddziały antyterrorystyczne niż zwykłe patrole.

Tym niezbyt pozytywnym aspektem zakończę mój wywód. Jest to jedynie skrótowy zbiór wszystkich doświadczeń, jakich doświadczyłem przez ten czas w Niemczech. Przekroczenie granicy niemiecko-polskiej w nocy z 28 na 29 grudnia zapamiętam na długo, a powrót do ojczyzny po takim czasie był naprawdę wspaniałym uczuciem. Zostawiłem tam kawałek swojego czasu i dobrze będę pamiętać ten pobyt. Dziękuję tym, którzy dotrwali do końca tego artykułu. Przepraszam jeśli zanudziłem Ciebie, Drogi Czytelniku. Jednak jeśli się spodobało, daj znać. Jeśli będzie możliwość, zawsze można napisać więcej.

Do usłyszenia! Bez odbioru.

Powiązane posty

Dodaj komentarz