Dzień z życia mieszkańca Zakopanego w II poł. XIX w.

Ja, Andrzej Bachleda, w dniu dzisiejszym, to jest w poniedziałek 13 września 1852 r., postanowiłem rozpocząć spisywanie pamiętnika z mojego życia – życia prostego zakopiańskiego górola (z gwary: górala – przyp. red.), ku czci Pana Boga uczciwie pracującego, a w swoich Tatrach zakochanego bezgranicznie. Do wykorzystania umiejętności pisania nabytej za dzieciaka w czasie kształcenia w szkole u ojców pijarów w Podolińcu zachęcił mnie ukochany proboszcz, ks. Józef Stolarczyk, od sześciu lat przebywający w galicyjskiej wsi naszej. Był on w moim domu z wizytą wczoraj wieczorem – kiedy stwierdził, że szkoda, by trzydziestodwuletni gazda (z gwary: gospodarz – przyp. red.), ,,dobry mąż i ojciec”, jak mnie określił, nie korzystał z talentów od Pana Boga otrzymanych, natychmiast wpadła mi do głowy myśl opisywania każdego kolejnego przeżytego dnia. Zaczynam więc opowieść o tem, jak spędziłem ten wczesnojesienny dzień w moim Zakopanem.

Jak codziennie, obudziły mnie dziś o szóstej rano dzwony dzwoniące z wybudowanego pięć lat temu drewnianego kościoła. Nie szło mi łatwo wstawanie z naszego drewnianego, solidnego małżeńskiego łoża. Śniło mi się, że ks. Stolarczykowi wreszcie udało się skończyć budowę plebanii, przy której wszyscy pomagamy – tak, żeby nasz kapłan mógł nareszcie zamieszkać pod własnym dachem, a nie w jednej tylko izbie w chacie Gąsieniców… chociaż to przecie poczciwa rodzina.

Byłbym pewnie dłużej tak rozmyślał i odwlekał w czasie swoje opuszczenie łóżka, gdyby nie głos Hanki wołającej, że niebawem będzie śniadanie i żebym się pospieszył. Podniosłem więc koc, podniosłem pierzynę, odrzuciłem od siebie zagłówek (z gwary: poduszkę – przyp. red.), ażeby nie kusił mnie dłużej ponownym do niego wtuleniem. Wstałem z łoża i począłem nakładać na siebie ubrania – założyłem więc i krótką koszulę, i gajdy (z gwary: spodnie – przyp. red.) opięte z grubego białego sukna ze szwami podłużnymi nogawic pokrytymi czerwonym sznurkiem oraz wyszywanymi akcentami, i na stopy ciżmy skórzane z rzemiennymi sznurowaniami. Zapiąłem na kilka sprzążek z przodu skórzany szeroki pas z kieszonkami i pochwami na nóż oraz narzędzia. Narzuciłem guńkę białą, do bioder długą, bez kołnierza – spiąłem pod szyją, spuściłem rękawy, przypiąłem do rękawów błyszczące spinki. Na koniec umieściłem na głowie dumę każdego górola – kłobuk (z gwary: kapelusz – przyp. red.) z dnem niskim, wypukło-krągłym, o wąskich skrzydłach, z wetkniętym piórem. Wciąż nie pojmuję, dlaczego proboszcz co niedziela krzyczy z ambony, żeby w kościółku zdejmować kłobuki – alboż to Pan Bóg nie rozumie górolskiego honoru? Nie mogłem jednak dłużej nad tym rozmyślać, bo głos Hanki już wołał na śniadanie.

Wszedłem więc do izby z jaworowym stołem rodzinnym. Zobaczyłem moją żonę, ubraną jak co dzień – w koszulę perkalową bez kołnierza, wyciętą na piersiach i plecach i ściągniętą sznureczkiem, z rękawami obszernymi, marszczonymi przy piersi, obszytymi i związanymi czerwoną wstążeczką; w gorset przykrojony na koszuli do kibici, materialny, zielony, obszyty galonem po brzegach, zapinanym na haftki; w spódnicę obszerną, gęsto fałdowaną, z materii lub perkalu w kwiaty, a na spódnicy w krótszy od niej fartuszek muślinowy. Haneczka jak zawsze miała też na sobie rąbek (z gwary: szal, chusta – przyp. red.) z muślinu zahaczający z tyłu o włosy rozdzielone wierzchem głowy na dwie strony i splecione w jeden warkocz, a także błyskotki i ozdoby. Na nogach żółte buty na wysokich podkowach.

Prosiła, żeby zająć miejsce przy stole – obok niej, a naprzeciwko już dwunastoletniego Klimka i dziewięcioletniej Józi. Zasiadłem więc, i – jak co dzień – jako głowa rodziny uczyniłem znak krzyża na talerzu z pokrojonymi wcześniej pajdami chleba. Skoro wszyscy byliśmy już gotowi, można było zacząć posiłek – nałożyłem więc sobie moskali (z gwary: placków owsianych – przyp. red.) z masłem i usmażonej na maśle jajecznicy, a na pajdę chleba posmarowaną masłem położyłem kawałek koziego sera. Podobnie jedli i moi najbliżsi.

Kiedy skończyliśmy śniadanie, Haneczka przypomniała mi, że dziś po południu najprawdopodobniej wrócą z gór baca i juhasi wypasający nasze strzyżki (z gwary: owce – przyp. red.), i że koniecznie muszę wtedy być w okolicy, ażeby się z bacą rozliczyć, a następnie zabrała z jaworowego stołu naczynia gliniane, na których spożywaliśmy Boże dary, i wyszła je wypłukać do strumyka płynącego trzy minuty drogi od naszej chaty. Ja sam miałem w tym momencie chwilkę czasu – więc wysłałem Klimka i Józię do kościoła, gdzie poczciwy Staszek Chramiec kilka razy w tyżniu (z gwary: tygodniu – przyp. red.) uczył je grać na organach kościelnych. Sam myślałem przecież wielokrotnie, czy to nie wysłać ich do Podolińca do pijarów na szersze kształcenie – Hanka jednak zawsze mnie od tego pomysłu odwodzi twierdząc, że więcej da im praca tu, w Zakopanem, niż nauka w Podolińcu, dlatego ciągle wstrzymuję się z podjęciem tej decyzji.

Postanowiłem przejść się po chacie. Będąc w izbie stołowej, w której zarazem śpią Klimek i Józia, popatrzyłem na wielkie godziny (z gwary: zegar – przyp. red.) przeze mnie wystrugane i nastawione, chlubę naszego domu – mało kto w całym Zakopanem posiada taką sztuczkę (z gwary: wyrób z drewna – przyp. red.). Wskazywały one właśnie siódmą. Następnie, przechodząc obok półek, na których znajdują się garnki, rondle i świece olejne służące nam nocą za światło, obok dwóch okien i obok dwóch drewnianych ław ustawionych wzdłuż ścian, doszedłem do pieca, by ugasić ogień – pora to wczesna, na dworze wciąż ciepło, jednak delikatnie palić już trzeba. Zgarnąłem kilka garści popiołu i rzucając na płomyk, zwątliłem go mocno, aż w końcu zgasł całkiem. Ks. Stolarczyk godoł ostatnio o tym, jak w krakowskich domach mają przy piecu wynalazek nazywany przez krakusów kominem – podobno wynalazek taki powoduje uchodzenie dymu z pieca bezpośrednio na zewnątrz i domownicy nie duszą się nim. Zanim jednak coś takiego dotrze na Podhale, pewnie zdążę się cołkiem zestarzeć. Potem, nie wchodząc do izby kuchennej, gdzie jeszcze unosiła się woń smażonej jajecznicy i moskali, zaszedłem do sypialni. Spojrzałem na nasze duże łoże, spojrzałem na kufer z zapasami jedzenia stojący obok łoża, spojrzałem na rozwieszone na ścianach swate (z gwary: święte – przyp. red.) obrazki – Pana Jezusa, Matki Boskiej i św. Kunegundy. Bardzo je ceniłem, lubiłem na nie patrzeć nawet w środku dnia. Teraz jednak musiałem już opuścić sypialnię i przejść do obowiązków dnia codziennego.

Przeszedłem więc ponownie przez izbę stołową i stąpając po podłodze z białych desek jodłowych, a mając nad głową tęgie smrekowe (z gwary: świerkowe – przyp. red.) płazy z wysoką strzechą, wydostałem się na ganek z ławkami. Schodząc z dwóch stopni schodów, znalazłem się w ogrodzie, w którym Haneczka podlewała róże. Spoglądając na dwie jabłonie rosnące tuż przed wykonanym przeze mnie drewnianym ogrodzeniem, westchnąłem i ruszyłem w drugą stronę, za chatę – do kurnika pełnego gadziny (z gwary: drobiu – przyp. red.), do chlewu i obory. W tej ostatniej zatrzymałem się najdłużej, ponieważ zająłem się tam nie tylko karmieniem koni paszą, ale i dojeniem grubego statku (z gwary: rogatego bydła – przyp. red.). Kiedy już wszystkie krowy wydoiłem, mleko zaniosłem do izby kuchennej.

Jest już wrzesień w tatrzańskiej krainie, więc i na żniwa przyszedł czas. Zabrałem więc z sieni kosę oraz sierp i, wołając jeszcze do roboty Hankę, podążyłem w kierunku roli. Mamy w górach różne rodzaje zbóż – Ślimaki w Szaflarach czy Ustupscy w Kuźnicach ścinają teraz jarzec (z gwary: jęczmień – przyp. red.), jednak zdecydowaną większość stanowi na naszych polach owies. Także i ja, Bachleda, od zawsze przystosowany jestem do ścinania owsa. Początkowo musieliśmy sobie radzić z Hanką sami, jednak kiedy około w pół do jedenastej z Kościeliska wróciły dzieciaki, od razu zabrały się do pomocy nam. Już rok temu w czasie żniw wypracowaliśmy bardzo skuteczny system działania – ja ścinam owies, Hanka wiąże zboże prześcieradłami w snopki, Józia odkłada snopki na wózek i gdy wózek jest już napełniony, Klimek zawozi owies do szopy, do specjalnego kąta na zboże. Pracowaliśmy więc dzielnie, gdy wybrzmiały dzwony kościelne – oznacza to wybicie godziny dwunastej, ks. Stolarczyk odmawia w ten czas Anioł Pański. Dla nas to jednak znak, że czas odłożyć na kolejne dni żniwa owsa, a rozpocząć wykopki grul (z gwary: ziemniaków – przyp. red.) oraz karpiela (z gwary: brukwi – przyp. red.). Po około godzinie pracy nad kopaniem Hanka i Józia wróciły do domu przygotować obiad, a ja z Klimkiem kontynuowaliśmy wydobywanie warzyw z ziemi.

Gdy minęło kolejnych parędziesiąt minut, Józka zawołała nas na obiad, więc wróciliśmy do zadymionej od przygotowywania posiłku chaty. Spojrzałem na godziny – wskazywały drugą. W izbie stołowej stały już moja żona i córka, a na stole, jak co dzień – żur owsiany w miedzianej misie, na glinianych talerzach moskale i pajdy chleba, a obok sól, okrasa i skwarki, które niebawem zaczęliśmy na pajdach kłaść. Jedliśmy oczywiście spokojnie, ale wesoło, dużo rozmawialiśmy ze sobą nawzajem – nie ma nic piękniejszego niż zgodny śmiech dzieci przy wspólnym posiłku.

Po zakończonym obiedzie Hanka poczęła zbierać ze stołu do izby kuchennej – pozostały chleb z dodatkami położyła na półce, natomiast resztki żuru i moskali włożyła do pierzyny i postawiła na podłodze, aby jak najdłużej trzymać ciepło raz przygotowanych dobrodziejstw. Dzieci wyszły pobiegać sobie na świeżym powietrzu – może znowu dotrą do Poronina i w zaroślach jakich znajdą węże, rzucą się na nie, złapią w kłobuk, a potem brzegiem kłobuka wyrwą wężom wszystkie zęby – ogromna to dla nich zawsze radość. Ja zabrałem zza domu kilka kawałków posiekanego drewna, następnie usiadłem na zydlu przy malutkim drewnianym stoliczku położonym przy ścianie w izbie stołowej. Wyjąłem z pochwy w pasie nóż i inne drobne narzędzia i począłem skrobać. Zawsze sprawiała mi ta praca nad sztuczkami z drzewa wiele pociechy, ale odkąd wykonałem tak piękne, wiszące teraz niedaleko ode mnie godziny, z podwójną ochotą codziennie do tej roboty zasiadam. Zapaliłem więc fajkę i dalej pracowałem – nad kolejnymi fajkami drewnianymi (co by nie mówili Groniowie z Chochołowa, ja zawsze od faj mosiężnych woleć będę drewniane), nad toporkami, nad torbami… Rozmyślałem przy tem cały czas, jak kiedyś zrobić z drewna prawdziwe, działające skrzydła. Wiem, że nie tylko ja o tym rozmyślam w czasie pracy – przecie każdego górola od zawsze ciągnie do latania i każdy górol chce w końcu jako człowiek polecieć nad Giewontem, nad Kasprowym Groniem (z gwary: Kasprowym Wierchem – przyp. red.), nad Rybim Stawem (ówczesna nazwa Morskiego Oka – przyp. red.), nad Gubałówką, nad wiodącą do Kościeliska chodzą (z gwary: drogą – przyp. red.) grzeszników, nad całym Zakopanem.

Pracowałem więc rozmyślając do godziny czwartej – wtedy jednak postanowiłem pomóc cieślom pracującym przy budowie plebanii. Wyprowadziłem więc z obory Jordka, mojego najlepszego konia, zaprzągłem wóz i ruszyłem do pobliskiego lasu, położonego jeszcze w Zakopanem, ale już na chodzy do kościoła. Założyłem na wózek tyle posiekanego drzewa, ile Jordek unieść mógł, i razem pojechaliśmy do Kościeliska. Kiedy tam dotarliśmy, pogodołem (z gwary: porozmawiałem – przyp. red.) chwilę z pracującymi tam Jędrkiem Ślimakiem, Maćkiem Walą i Witkiem Jarząbkiem – dziękowali bardzo nawet za tą jedną dostawę drewna, cieszyli się, że otrzymali taką pomoc.

Bardzo nam się miło godoło, jednak przypomniałem sobie wtedy, że Hanka przy śniadaniu mówiła o wracających z gór bacy z juhasami i naszymi jarkami (z gwary: owcami – przyp. red.), i o tym, żebym był po południu w okolicy. Pospiesznie wróciłem więc do Zakopanego, odstawiłem Jordka z powrotem do obory i wróciłem do chaty. Czekając na pasterzy, rozpaliłem w kilkanaście minut piec i zwlokłem się na nalepie (pokładzie kamiennym przy piecu – przyp. red.) obok niego. Wkrótce okazało się, że Pan Bóg szczególnie czuwał nade mną dnia dzisiejszego, bowiem już po kilku minutach od mojego położenia się na nalepie, Hanka, spoczywająca na łóżku Klimka położonym obok, ale przy oknie, zawołała, że idzie kierdel (z gwary: stado – przyp. red.). Wstałem więc i wyszedłem z chaty. Rzeczywiście, pod moim domem stał baca Chyc, a za nim dziesięciu juhasów, kilka psów pasterskich i ogromny kierdel strzyżek. Pasterze ubrani, jak to pasterze: koszula krótka, po pas, usmażona w maśle, jedna na całe lato (dlatego dziś już nie najczystsza), gajdy sukienne, białe, obcisłe, z czerwonym szwem w nogawicach i wyszywaniem na brzuchu, z węgierska, ciżmy krótkie, przysznurowane rzemieniami do wysokości połowy łydek, szeroki pas skórzany, duży nóż w pochwie, torba ze szpagatu, z frędzlami i w kolorowe zygzaki, koszula spięta pod szyją wielką mosiężną spinką, czasem w kształcie medalu, czasem obrazka z licznymi długimi łańcuszkami, rękawy koszuli sfałdowane na ramionach – fałdy te zbiera w kształcie guzika robótka z różnobarwnych paciorek; kłobuczek z wąskimi brzegami, okrągłym wierzchem, obwiązany amarantową wstążką i ozdobiony zieloną gałązką. Niektórzy z oglądanych dziś przeze mnie pasterzy mieli w dłoni rąbanicę (z gwary: siekierę – przyp. red.) – walaszkę albo ciupagę, inni – w ustach fajeczkę na kilkocalowym cybuszku. Pasterstwo w Tatrach ma swoją organizację – w pierwszej połowie czerwca baca z juhasami zabierają kierdel ze wsi na wypas i chadzają z nią po całych górach – wracają do wsi we wrześniu i otrzymują wtedy od gazdów odpowiednie wynagrodzenia za swoją pracę – tak, by na koniec mieli z tego wszystkiego hasen (z gwary: zysk – przyp. red.). Rolą bacy jest zawieranie umów o halę z właścicielami kolejnych wsi. Ten, jeśli się zgadza, wyznacza kierdlowi miejsce na koszary – nocne stanowiska, na których mogą się pasać wetule (z gwary: owce – przyp. red.). Rolą juhasów jest pobieranie od strzyżek mleka, przygotowywanie serów i pilnowanie kierdla. Pasterze korzystają zazwyczaj z tych hal (z gwary: pastwisk – przyp. red.), gdzie pośrodku stoi już bacówka, drewniana budowla. Tam trzymają naczynia pasterskie, tam przygotowują nabiał, tam mieszkają, pracują, a często i handlują z miejscowymi górolami. W bacówce są zazwyczaj jedne drzwi, dwie izby, nie ma okien. Na środku pierwszej izby stoi wielki kamień do watry (z gwary: ogniska – przyp. red.), pod ścianami znajdują się skromne łóżka z mchu i paproci dla juhasów, na półkach widać naczynia do nabiału. Żywią się pasterze na co dzień chlebem i nabiałem, a przede wszystkim żętycą. Jednak czasami, zazwyczaj pierwszej nocy w nowej bacówce, zdarza się juhasom urządzać prawdziwe uczty – wtedy na stole i mięso, i wódka w kieliszkach, a dokoła śpiewy, muzyka i taniec. Są bowiem pasterze niezwykle muzykalni – noszą ze sobą wszelakie instrumenty – flety, skrzypce, gęśle, basy, liry, kobzy, piszczałki z koziej skóry, fujarki, a nade wszystko dudy. Mają też trąby pasterskie – ligawki, jednak te służą im zazwyczaj nie do biesiadowania, a raczej do komunikacji z jarkami – te reagują najbardziej właśnie na dźwięk ligawek. Mój Klimek bardzo chce już być juhasem i iść na całe lato w góry. Podoba mu się strój pasterzy, podoba mu się ich zabawa, a ostatnio po mszy słyszał, jak Zośka Jafurówna i Julka Sabałówna śpiewały sobie wracając z Kościelisk do Zakopanego znaną śpiewkę:

 

Juhasy, juhasy, coście owce paśli,

Zgubiłam wianecek, wyście mi go naśli.

Juhasy, juhasy, dyć się Boga bójcie,

Zgubiłam wianecek, dyć mi go powróccie.

Zgubiłam wianecek w zielonej ubocy

Ten mi go powróci, co ma carne ocy,

Dyć-em się taiła, taić się nie będę,

Gotuj kołyseckę, ja pieluski będę;

Gotuj kołyseczkę z dzewa limbowego,

A ja pielusecki z rąbka bielonego.

Idzie woda, idzie, z daleka się sieje,

Idzie mój Janicek, z daleka się śmieje.

– Idzie woda, idzie, drobny piasek niesie,

Cekaj mię, frairko, w smerckowanym lesie.

– W potoku za laskiem siwe konie piją,

Nie chodź tam, Janicku, bo cię tam zabiją.

Bodajze ta woda, bodajze zmalała,

Co bym Cię, Janicku, pierwej uwidziała.

Hej! Tęskno mi, tęskno, sama nie wiem, cego,

Bez mego Janicka, dalekom od niego.

Boli mię główecka, serduska nie cuję;

Hej! nikt tego nie wie, za kim ja banuję.

Bodaj ten cłek nie zył, bodaj nie wiekował,

Co on to kochanie na świecie fundował.

– Nie płac, frairecko, otsyj sobie ocka,

Psyjdę ja do ciebie, jak się ściemni nocka.

 

Ja jednak trzymam Klimka na razie w chacie, na juhasowanie przyjdzie jeszcze czas – ale za dwa, trzy lata, kiedy będzie silniejszy. Tymczasem rozliczyłem się z bacą, swoje siedem wetul zaprowadziłem do zagrody, a z pasterzami pożegnałem się skłonem kłobuka.

Spotkanie z kierdlem przypomniało mi piękne lato – wszakże jeszcze miesiąc temu, w upalnym sierpniu, radykałem (z gwary: szybko szedłem – przyp. red.) i ja po górach, pracowałem tam, gdzie się dało – budowałem chodniki (z gwary: ścieżki po nagich górach – przyp. red.) i perście (z gwary: ścieżki w górach między zaroślami – przyp. red.) na nowo odkrywane szczyty, zakładałem na trasach klamry pochodzące z zakopiańskiej bani (z gwary: huty – przyp. red.), remontowałem zbite dawno temu z kilku desek i wymagające odnowienia schroniska, woziłem razem z Jordkiem narybek pstrąga i wrzucałem do Rybiego Stawu, stojąc niemal pod samym krzyżem postawionym w tem miejscu kilkanaście lat temu…

Z tej chwilowej zadumy obudziły mnie dzwony z kościoła – to znak, że jest już godzina szósta po południu. Dla mnie dzisiaj oznaczały one konieczność wyjazdu do murowanej oberży w Kościelisku – umówiliśmy się przecie z Sebastianem Mardułą, Tadkiem Marusarzem, Stefanem Sieczką i Antkiem Walczakiem, że zaraz po dzwonach o szóstej wieczorem pojedziemy spotkać się w oberży i pogodoć. Ucałowałem więc Haneczkę, Klimka i Józię, obiecałem siedzieć nie dłużej niż godzinę i o ósmej być w chacie na kolację, dosiadłem Jordka i ruszyłem. Drugi raz jednego dnia jechałem do Kościeliska, drugi raz opuszczałem Zakopane. Właściwie nie było co patrzeć na inne chaty – odległości pomiędzy nimi są w naszej wsi ogromne, rozmieszczenie domów bardzo szerokie, jeden od drugiego dzielą wielkie odległości. Przejeżdżałem natomiast obok gorzelni, w której z grul produkują palenkę (z gwary: wódkę – przyp. red.). Już na wjeździe do Kościelisk zobaczyłem kościeliskie hamernie i rudy żelaza. Ogromny żal mnie ogarnął, bo przecież kiedyś ten przemysł był dumą Zakopanego, a niemal każdy górol był hawiarzem (z gwary: górnikiem – przyp. red.). Teraz jednak górnictwo w Zakopanem całkiem upada i główna hamernia chyba niebawem przestanie działać. Na razie jednak jeszcze praca wewnątrz odbywa się – 16 hawiarzy pracuje w bani od niedzieli do piątku, z wolną tylko sobotą, z żelaznymi kagańcami w rękach, z taczkami, z młotami, uwijający się jak w ukropie, nie chcący odbierać od naczelnika karnego ciosu łopatką w plecy i późnym wieczorem spokojnie udać się z bani na spoczynek do pobliskiego szałasu dla hawiarzy. Ubolewałem więc nad upadającym zakopiańskim górnictwem, jednak cały czas jechałem na Jordku przed siebie, wzdłuż granicy galicyjsko-węgierskiej przechodzącej przez Kościeliska. Szumiały lipy, słońce zachodziło wyjątkowo wyraźnie, widać było zorzę węgierską – to wszystko znaczy, że jutro będzie wiał halny, będzie też padało.

Kiedy dotarłem do murowanej oberży, Sebastian, Tadek, Stefan i Antek siedzieli już w środku. Kupiłem więc kieliszek palenki za piętnaście grajcarów (było też piwo i wino, ale widziałem, że moi towarzysze rozmowy siedzą przy palence) i dosiadłem się. Kapela góralska, złożona z kilku muzykantów z Poronina i uzupełniona zawsze najbardziej umuzykalnionymi juhasami, którzy dzisiaj przecie zeszli właśnie z gór, przygrywała do tańca. Franek Mateja, oczywiście już dawno pijany, tańczył taniec zbójnicki, stojąc w środku zamkniętego koła innych góroli, podskakując i podrzucając rąbanicę.

Zajęci wyczynami Matei moi przyjaciele rozmawiali o pachołkach (z gwary: zbójnikach – przyp. red.), jakich wczoraj Antek widział w Kuźnicach, a Tadek wcześniej w Łopusznej. Uzbrojeni w pistolety, noże, rąbanice i trzy rusznice każdy, nosili na sobie strój nazywany przez siebie mundurem. Na głowach mieli kołpak pleciony z rzemienia i ozdobiony zieloną gałązką i dukatami. Na nogach zwykłe gajdy górolskie bogato haftowane – herszt czerwone, pozostali białe. Poza tym koszule zielone z bardzo szerokimi rękawami, jak juhasi. Za buty mieli ciżemki. W pasie oczywiście podstawową sprawą jak największa ilość pochew na noże, pistolety i wszelakiego rodzaju inną broń. Mówił o tym teraz Antek, że widział z daleka, jak pachołki napadli na kierdel, ale zażądali tylko od bacy kilku strzyżek i trochę gotowego nabiału, a ani jemu, ani juhasom, nie zrobili nic. To typowy napad dla polskich pachołków – u nas zbójnictwo jest przecie bardziej młodzieńczym trybem życia, znajdowaną w dzikim życiu z dnia na dzień rozrywką dla młodych góroli nie chcących pracować, a nie zachłanną chęcią hasenu, nawet za cenę kradzieży, torturowania, bicia, gwałcenia i nieraz mordowania napadanych przez ciekawych (z gwary: złodziei – przyp. red.) gazdów, jak to się dzieje na Węgrzech. Kiedy Mateja skończył swój taniec i poszedł prosić o kolejny dzban wina, w naszej rozmowie skończył się temat pachołków.

Opowiedziałem więc kolegom o tym, jak ostatnio wiedzie mi się w myślistwie – w zeszłą środę ustrzeliłem w Zębie niedźwiedzia, w sobotę w Gliczarowie – dwie kozy naraz.

Potem nasza rozmowa zeszła na rozwijających ostatnio w ogromnym tempie swoje interesy przewodników z Bukowiny. Zdecydowanie w tej dziedzinie przewodzą Walowie. Bogaci ludzie z Krakowa, ale i z niemal całej Galicji przyjeżdżają coraz częściej do Bukowiny, pierwszą noc spędzają w tamtejszym domu zajezdnym, a potem zostawiają pod tym domem bryki i karety, i na samych tylko koniach, albo i na piechotę, podążają za górolskimi przewodnikami w głąb Tatr. Przewodnicy noszą im namioty, noszą bagaże, gotują ryż z mięsem nad watrą na biwakach, grzeją herbatę z rumem na rozgrzanie. W zamian otrzymują jednego guldena dziennie za wycieczki łatwe albo dwa guldeny dziennie za wycieczki trudniejsze. Zaczęliśmy rozważać, czy przypadkiem i w Zakopanem nie moglibyśmy rozwinąć takiej działalności… Ale kto z tych wielkich panów przyjeżdżając karetami w Tatry i docierając do Bukowiny, mając pod nosem przewodników od Walów, pojedzie dalej w kierunku Zakopanego?

Na koniec porozmawialiśmy jeszcze chwilkę o wpływie złośliwych duchów, strzygów, wilkołaków, boginiek, błąkającej się głowy i najstraszniejszych ze wszystkich dziwożon, starym zwyczajem złożyliśmy się na zapłatę nie tylko we własnym gronie, ale ze wszystkimi gośćmi zamykanej właśnie karczmy, i rozjechaliśmy się do swoich wsi.

Kiedy wszedłem do chaty, godziny wskazywały za trzy ósmą, zdążyłem więc na czas. Świece olejne podtrzymywały światło wewnątrz. Przy stole już siedziała moja rodzina i czekała z kolacją na mój powrót z oberży. Usiadłem na moim miejscu, naznaczyłem chleb krzyżem i mogliśmy zacząć kolację. Jedliśmy jak zawsze resztki z obiadu wyjęte spod pierzyny – trochę żuru owsianego, trochę moskali, do tego chleb z masłem i serem. Czego jak czego, ale nabiału przecież w Tatrach nie brakuje. Po kolacji Hanka położyła dzieci spać, ja przeszedłem się jeszcze do pobliskiego strumyka trochę się przepłukać i odświeżyć.

Gdy wróciłem do chaty, godziny pokazywały dziewiątą. Wszedłem do sypialni, opowiedziałem Hance o pachołkach widzianych przez Walczaka, opowiedziałem o zorzy węgierskiej, którą pewnie było widać tylko z Kościeliska. Hanka zmartwiła się, że będzie jutro padać i wiać, i oznajmiła, że w takim razie trzeba będzie szybciej ruszyć z wykopkami. Zgodziłem się z żoną, ucałowałem ją i powiedziałem, że idę do izby stołowej usiąść na zydelku przy moim drewnianym stoliczku i, tak jak to ks. Stolarczyk proponował, rozpocząć pisanie pamiętnika. Tak więc teraz siedzę na zydlu, godziny wskazują dziesiątą wieczorem, za oknem huczy halny. Wpatruję się w krzyż na Giewoncie. Najwyższa pora na sen. Kończę zatem pierwszy dzień mojego pamiętnika i udaję się do łóżka na zasłużony spoczynek.

Powiązane posty

Dodaj komentarz