den 5.4.1973

(Część I) 

Siedziała samotnie przy stole sącząc poranną kawę. Z mlekiem i z cukrem rzecz jasna. Ósma rano. Czas zmyć resztki snu spod powiek i zacząć nowy dzień. Martyna mimowolnie ziewnęła i wyjrzała przez drzwi tarasowe. Ze snu budziła się również stara brzoza spowita mgłami poranka. Kobieta z rozbawieniem przyglądała się skaczącej wiewiórce. Wiosna powoli budziła się do życia po dość srogiej zimie. Z głośników popłynęła trzecia zwrotka ”Wiosny” Vivaldiego.

Pochmurne myśli kłóciły się z nastrojową muzyką. Wiedziała, że dzień ten nie będzie taki, jak każdy inny, ale była gotowa stawić mu czoła.


Zawodu dziennikarza nie wybrała przypadkiem. Już będąc dzieckiem interesowała się szeroko pojętą sztuką, a już zwłaszcza słowem pisanym. Pragnęła żyć słowem pięknym tak, jak tylko pasją żyć można, jednak jej propozycje książek wciąż były odrzucane. Z goryczą wspominała wymówki, wciąż te same u każdego wydawcy. ”Przepraszamy, ale…”, a po ”ale” następował stek absurdalnych bzdur. To właśnie wtedy postanowiła żyć słowami mówionymi, które tak kochała.

W redakcji też nie było łatwo. Zresztą, zastanawiała się, gdzie początki są łatwe? Awansowała zaledwie rok temu po genialnym artykule o osiedlowym dilerze. Była pierwsza. Uprzedziła nawet policję, która szukała go od kilku miesięcy.

Rok minął szybko, a znaczące sensacje nie pojawiały się. Owszem, mogła rozwinąć skrzydła, ale zaczęła dopadać ją rutyna. Powielanie tytułów z poczytnych brukowców nie było szczytem jej marzeń, ale nie mogła narzekać. Inni mieli gorzej. Małe miasteczka bardzo często mają to do siebie, że nie jest łatwo zrobić zawrotną karierę. Nie była jednak gotowa wyjechać zostawiając samotną matkę, która byłaby zdana sama na siebie.


Można powiedzieć, że całe dotychczasowe życie poświęciła czemuś. Najpierw nauka, później pomoc rodzinie. Nie było kolorowo, ale nie czuła się nieszczęśliwa. W pewnym sensie wszystkie doświadczenia z przeszłości ukształtowały jej dzisiejsze ”ja”. Choć była jeszcze młodą kobietą czuła, że życie w codziennym pośpiechu ucieka jej przez palce niezauważalnie. Nie poznała mężczyzny, który dawałby jej szczęście w jakimkolwiek innym aspekcie, niż uciechy cielesnej, a choć brzmi to staromodnie i trywialnie – bardzo tego pragnęła.

Owszem, uchodziła za osobę konkretną, która wie czego chce, jednak zdawała sobie sprawę z mankamentów tego świata, który dusze nazbyt romantyczne pożerał – zupełnie jak wilk młode owce.


Westchnęła. Pozbierała walające się papiery z masywnego, dębowego stołu i resztkę lodowatej kawy. Wspominki ostatnio zbyt często ją pochłaniały.


Udała się do swojego dziecięcego pokoju przerobionego na gabinet. Upewniwszy się, że wszystkie sprawy, które zostawia na kilka tygodni na miejscu są załatwione, zaczęła pakować niezbędne rzeczy do torby podróżnej.


Spojrzała na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Dokumenty, portfel, prowiant na drogę. Zastanawiała się, czy jeszcze czegoś potrzebuje. Jej wzrok spoczął na biletach i małym zawiniątku.

Pożółkły papier przyciągał swoją tajemnicą. Kusił obietnicą rozwiązania historii krótkiego listu.

Martyna nie spodziewała się, że zakup starej maszyny do pisania wywróci całe jej życie do góry nogami. Właściwie, rozmyślała, kto by się tego spodziewał?

Powiązane posty

Dodaj komentarz