Czechy, Chorwacja? Taka sytuacja!

Dla wielu idealny wypoczynek jest połączeniem odpoczynku i aktywnej rekreacji. Szczęśliwie dla mnie moja kochana rodzinka również podziela ten pogląd i od wielu lat praktykujemy przynajmniej jeden wspólny wyjazd w ciągu roku. 

Zdecydowaliśmy, że w tym roku zaczniemy aktywnie – a że zawsze ciągnęło nas w góry, wybór padł na Czechy. A dokładniej na Park Narodowy Czeska Szwajcaria. Jest to region położony na północy tego państwa graniczący z niemieckim parkiem narodowym, w którego nazwie również występuje człon „Szwajcaria”, jednakże jest on określony przez przymiotnik „Saska”. Zatem na mapach widnieją Czeska Szwajcaria i Saska Szwajcaria – wygląda na to, że obydwa państwa chciały mieć na swoim terenie jakąś cząstkę państwa słynącego z najlepszych zegarków.

źródło: www.google.pl/maps

Sama Czeska Szwajcaria słynie z niezwykłych form piaskowców utworzonych w wyniku twórczej erozji matki natury, a także malowniczych dolin i wodospadów. Jednym z najciekawszych miejsc do, których dotarliśmy, okazała się Brama Pravcicka i położone u jej podnóża schronisko Orle Gniazdo. Po wejściu na wyższe tarasy okolicznego wzniesienia zobaczyliśmy ją w pełnej krasie i przez moment poczułem się jak w słynnej sadze Tolkiena – Władcy Pierścieni. Wyżej wspomniana „brama” jest największym łukiem skalnym na kontynencie europejskim. Mierzy 26 metrów szerokości i prawie 17 metrów wysokości. Przymykając oczy i uruchamiając wyobraźnię niemalże widziałem jak przeprawiają się po niej bohaterowie powieści.

źródło: własne

2. Po lewej widoczne „gniazdo zamku”, źródło: własne.

Parę dni później nasze poszukiwania wyjątkowych miejsc zaprowadziły nas na drugą stronę granicy, do naszych niemieckich sąsiadów. Zdecydowaliśmy się na zobaczenie Bastei (czyli „Baszty”) –  rejonu w Saskiej Szwajcarii również słynącego z wyjątkowych form piaskowca wyglądem przypominających występujące przy zamkach baszty. W XII wieku powstał tu zamek Neurathen zbudowany na wąskich szczytach piaskowców! W XVIII wieku zbudowano tutaj drewniany most prowadzący do popadającego już wówczas w ruinę zamku, dziś w miejscu mostu drewnianego stoi już kamienny. Ze zdumieniem odkryliśmy po dotarciu na miejsce, że rozpościera się przed nami kolejny krajobraz rodem z filmu fantasy. Most wsparto bowiem na skalnych „kolumnach”, dzięki czemu możliwe było zapewnienie bezpiecznego przejścia nad przepaścią, która wydawała się nie mieć dna.

Po przejściu kilku pomniejszych szlaków w Czechach i Niemczech udaliśmy się do Chorwacji na tę bardziej „wypoczynkową” część wyjazdu. Po długiej podróży, którą dzięki swoim magicznym zdolnościom przespałem prawie całą, znaleźliśmy się na campingu przy najpiękniejszej plaży półwyspu Pelješac zwanej divną. Mimo tego, że były to już moje trzecie odwiedziny w tym miejscu, wciąż robi na mnie ono spore wrażenie. Malowniczą zatoczkę oblewają przejrzyste i ciepłe wody Adriatyku, gdzieś niedaleko brzegu samotna i dzika wysepka położona na tyle blisko, że dobrze pływająca osoba bez problemu do niej dotrze – a po dotarciu przekona się, że prawdziwa przygoda dopiero się rozpoczyna.

zatoka Divna,  źródło: własne

2 dni byczenia się na plaży ( jak to mój tata powiada) i spoglądania na szczyty gór znajdujące się na przeciwległym brzegu zatoki, wzbudziły we mnie dalszą chęć eksploracji. Wraz ze znajomym zdecydowaliśmy, że wejdziemy na najwyższy szczyt półwyspu – św. Ilije.

Nim się obejrzałem była 6 rano a my ruszaliśmy z campingu, na drugą stronę półwyspu, żeby dotrzeć  do szlaku prowadzącego na górę. Wyjście z samochodu okazało się nie lada zaskoczeniem, albowiem mimo wczesnej pory, termometr wskazywał 35 stopni ! Po krótkim rozejrzeniu się i zbadaniu szlaku oraz okolicy, postanowiliśmy posłuchać dwóch miejscowych Chorwatów, którzy kazali nam wrócić i zacząć start co najmniej dwie godziny wcześniej. Gdy wróciliśmy na camping termometr w aucie, wskazywał już 40 stopni. Następnej nocy wstaliśmy o 3:00 i ponownie ruszyliśmy w to samo miejsce. Wysiadając rzuciłem okiem na termometr, który ku mojej uldze wskazywał tylko 28 stopni.

Rozpoczęliśmy marsz po ciemku wspomagając się czołówkami. Nad głową przelatywały nam co jakiś czas nietoperze, które korzystały z chłodnej nocy. Po drodze minęliśmy jeszcze konie i gęsty górski las. Dotarliśmy na szczyt chwilę po wschodzie słońca. Widok, który rozpościerał się przed naszymi oczyma wynagrodził nam konieczność wstania tak wcześnie. Z góry mogliśmy dostrzec, leżącą obok naszego półwyspu, znaną wyspę Hvar czy leżące w dole miasteczko Orebić. Szczyt św. Iliji jest świetnym miejscem dla ludzi z lornetką gdyż, będąc na najwyższym szczycie półwyspu mamy prawie nieskrępowany 360 stopniowy widok na ziemie, tej części Chorwacji.

Szczyt św. Iliji, źródło: własne

W trakcie tego wyjazdu znalazła się również jaskinia oraz ośmiornice ale to może przy innej okazji.

Powiązane posty

Dodaj komentarz