„Czas wykastrował niebo” – Kulturkampf Fest, czyli Gombrowicz w Gdańsku

Sobota wieczór (7 kwietnia) była stosunkowo osobliwym momentem w moim życiu. Po emocjonującej fali poetyckich slamów i spotkań autorskich wszelkiej maści, codzienną rutynę zaburzyło niepospolite wydarzenie –  zawierające po kawałku wszystkie elementy współczesnej kultury miejskiej i nie tylko!

Dobry początek

Niestety wraz z przyjaciółmi przybyliśmy dopiero w okolicach godziny 19:00 i zdążyliśmy tylko na końcówkę pierwszej części literackiej poświęconej prozie. Poszczególni autorzy prezentowali urywki swoich debiutanckich książek oraz wchodzili w żywe rozmowy z publicznością. Oderwani nieco od głównego wątku czytanych tekstów i powstałej w ich efekcie dyskusji, jednym uchem próbowaliśmy wyłapać meritum, drugim zaś skupialiśmy się na wychwyceniu w dość gwarnej sali ceny za zamówione trunki. Wielka szkoda, że środki transportu nie chciały tego dnia z nami współpracować i zmuszeni byliśmy ominąć tak rzeczowo zapowiadający się wstęp. Później nastąpiła już tylko przerwa techniczna i rozkładanie sprzętu dla oczekujących swojej wielkiej chwili muzyków. Był to nieoficjalnie zarządzony sygnał dla gości, aby wyszli na zewnątrz napić się piwa (póki pogoda i temperatura dopisywały) oraz zintegrować się z resztą przybyłych.

Paszcza Lwa wczesną wiosną

Swojski klimat lokalu, położonego nad malowniczym jeziorkiem, zaskakuje nie tylko w środku lata. Mimo, że brama dopuszczająca nad brzeg była szczelnie zamknięta kłódką, odgradzając gości od pełni uroków dzikiej zieleni i towarzystwa lokalnego, wodnego ptactwa – urokliwość samego akwenu i sielska atmosfera (na krańcu urbanistycznej Oliwy) niezmiernie umilała weekendową ucieczkę od codziennych obowiązków. Wprawdzie w powietrzu nie unosiła się woń różowych kwiatów ani grillowanych kiełbasek, nie zmienia to jednak faktu, że do godziny 22:00 można było spokojnie rozsiąść się na ławach i poplotkować w wiosennych kurteczkach, bez ciężaru śniegowców na nogach.  Co więcej planowane było ognisko – czyli olbrzymi drewniany stos, rzucający się w oczy jako pierwszy tuż po przekroczeniu progu ogródka. Mniej lub bardziej zaplanowanie konar zapłonął stosunkowo szybko, przez co jeszcze w pomarańczowym świetle popołudnia mieliśmy okazję ogrzać się i zainicjować ciekawe rozmowy z resztą zmarźlaków.

Apokalipsa według św. zespołu „Hospital Waste”

Od samego początku największą sensacją było niesłychane nagromadzenie się przedstawicieli przeróżnych, barwnych subkultur. Wiadomo, że Gombrowicz inspirował nie tylko moli książkowych i młodych polonistów-buntowników, aczkolwiek wciąż zastanawiająca była obecność tak licznej ilości skór i łańcuchów. Byliśmy ciekawi, czy głównym motywem ich przybycia do Paszczy Lwa było właśnie wieczorne czytanie wierszy przez wschodzących artystów. Mieszane uczucia w pełni rozwiał występ zespołu Hospital Waste. Zamaskowany gitarzysta w bojówkach i metalowymi śrubami w skroni oraz zielonoskóry wokalista z kudłatą czaszką kozła na głowie niepodważalnie zasiali zarówno ziarno ciekawości, jak i pewnego niepokoju. Komputerowy podkład muzyczny w połączeniu z mocnym brzmieniem elektrycznej gitary oraz złowrogim szeptem-jękiem piosenkarza zahipnotyzowały publikę na dobry odstęp czasu. Nawet stojąc w kolejce po alkohol lub do toalety, czuło się w powietrzu widmo tego szalonego performance’u. Momentami piosenki były nader ubogie w słowa, ale w zamian bogate w para-okultystyczne rytuały przy użyciu świecy i kości. Choć ogólna atmosfera była przede wszystkim niepokojąca, znalazła ona swoich miłośników, którzy bardzo entuzjastycznie wypowiadali się w kontekście odniesionych wrażeń. Tak więc złowieszczy występ spełnił swoją misję.

Eviva l’arte!

W okolicach godziny 22:00 ruszyła długo oczekiwana część literacko-teatralna. Ku naszemu zdziwieniu nie była to tylko i wyłącznie śmietanka lokalnych poetów. Zaszczyciło nas swoją obecnością również paru artystów z Małopolski, Śląska i innych krańców naszego kraju. Czy przebywali kilometry, aby móc dla nas wystąpić, czy byli tu po prostu przejazdem? Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. W każdym razie część poetycka także mocno nie odbiegała od wszechobecnej dziwności tego wieczoru (która od początku do końca była nieodzownym elementem Kulturkampfu). Trzeba przyznać, że występujący byli nad wyraz ekscentryczni, ale zarazem oryginalni w sztuce, którą uprawiają. Od uroczej pisarki-influencerki, rozumiejącej Gombrowicza poprzez taniec, przez poetkę-ścisłowca i jej nad podziw rozbudowanej biografii bohaterki Marsjanny, na poetach-malarzach czytających wiersze z obrazów kończąc. Nie obyło się bez zaczepiania publiczności i prowokowania do udzielania się podczas poszczególnych popisów.

Co jak co, ale poezja chyba nigdy nie była odczuwana tak wielopoziomowo. Pierwsza myśl, jaka przychodziła wszystkim do głowy, to było poczucie totalnego absurdu. Ależ czy nie o to właśnie chodziło tytułowemu mistrzowi Gombrowiczowi? Odwrócenie wszystkiego do góry nogami z jednoznacznym ukazaniem pewnej hipokryzji? Po kilku godzinach i kilku piwach, odbierało się wrażenie, że ten brak ładu i składu był od początku do końca skrzętnie zaplanowany. Czego by o wymienionych występach nie mówić, wpasowały się one w klimat lepiej niż ktokolwiek mógłby się tego spodziewać. Zwieńczeniem części wierszowanej był wstęp dwóch trójmiejskich brodaczy, którzy mimo braku spektakularnego show, wypadli bardzo merytorycznie, jednocześnie bawiąc publikę do łez swoim dystansem do siebie i świata oraz zdroworozsądkowym sceptycyzmem (wynikającym zapewne z naczytania się tytułowego i wielkiego „bajkopisarza i kłamcy na G.”)

Wiedźmin szarpistruna

Między czytaniem wierszy nie mogło przecież zabraknąć wątku muzycznego. Tym razem zamiast psychodelicznych wrażeń dostarczono nam jasnowłosego, nad wyraz skromnego, solistę z przyjaciółką – gitarą, który już od momentu wejścia na scenę rozczulił wszystkich gości swoją postawą oraz niesamowitą charyzmą. Lecz nie tylko cechy charakteru uczyniły jego występ wyjątkowym. Wykazał się także niezwykłą umiejętnością gry na instrumencie, przenosząc słuchaczy w mgnieniu oka do brzegów słonecznej Hiszpanii. Palce naszego Amigo płynęły po strunach bez żadnego oporu, przekraczając prędkość światła, a niezwykle czysty, melodyjny głos, odbijał się echem w czterech ścianach Paszczy Lwa jeszcze kilka godzin po jego występie. Dodatkowo zaangażował on publiczność w śpiewanie swoich piosenek. Wystarczyło kilka minut, aby wszyscy klaskali i śmiali się do rozpuku, podrygując w rytm skocznych przygrywek i chwytliwych refrenów. Jestem przekonana, że nikt nie przeczuwał takiej niespodzianki po niemal siedmiu godzinach pobytu na festiwalu. Zmęczenie i nuda w ułamku chwili poddały się walkowerem.

Wnioski w nocnej SKM

Wracając do domu, goście bez dwóch zdań czuli się artystycznie zaspokojeni i fizycznie wyczerpani. Wszystkie możliwe cuda i dziwy wystąpiły na tymże festiwalu i pozostawiły po sobie ślad we wspomnieniach uczestników na długo. Mimo początkowo powątpiewającego podejścia i przygaszonych nastrojów, imprezę oceniam bez zarzutów na plus. Kumulacja inspiracji towarzyszyła nam wszystkim nawet w łóżku, nawet przez sen! Nieważne jak bardzo byśmy się starali, nie ma możliwości usunięcia tych wszystkich zwariowanych doznań z głowy.

Kluczem do sukcesu jest wyróżnianie się, a w Paszczy Lwa bez dwóch zdań charakterystycznych osobliwości nie brakowało.

Gdyby Gobrowicz żył i widział to na własne oczy…

Powiązane posty

Dodaj komentarz