Andrea Kurylewiano – Włoskie Drogi. Palermo, Sycylia, cz.2

Taxi drivers

Emocje opadły. Nadszedł czas najwyższy, aby poszukać jakiegoś sensownego środka transportu, którym dostalibyśmy się do centrum Palermo. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, szukaliśmy po prostu największej kumulacji ludzi, licząc, że są równie zbłąkanymi turystami wariacko szukającymi podwózki co my.

Ku naszym oczom ukazał się wielki, żółty bus i niekończąca się kolejka ludzi. Ustawiliśmy się więc w niej czym prędzej, zagadując przy okazji innych „Polaksów”, luźno wypytując, co ich skłoniło, by wybrać się w środku zimy akurat do Palermo (pomijając tani samolot). Choć nie zawsze small-talk kleił się jak należy, na tamtą chwilę nie było żadnej innej alternatywnej rozrywki, umilającej czekanie na wejście na pokład.

Nadeszła w końcu nasza kolej. Już mamy beztrosko ładować swoje torby do środka, aż tu nagle kierowca autobusu wstaje i (nie, nie zaczyna klaskać) wyciąga do nas ręce z nerwowym zapytaniem „tickets please”. Pytamy więc, ile kosztuje pojedynczy bilet i informujemy, że chcielibyśmy zakupić dwa normalne. „No No No No No only ticket office” – woła rozemocjonowany wskazując palcem małą budkę z biletami, znajdującą się przez cały ten czas kilka metrów od nas (lecz spory kawałek od samego pojazdu). Odwracamy się za siebie… kolejka ludzi dwa razy większa niż na początku. Na pewno nie mają w planach na nas czekać i tym bardziej ot tak nie wpuszczą nas przed szereg.

Wyszliśmy więc zirytowani i już mieliśmy kierować się do tej felernej kasy, aż tu niespodziewanie wyskoczyli zza autobusu szaleni „taxi drivers” i osaczyli nas niczym hieny.

Wyszliśmy więc zirytowani i już mieliśmy kierować się do tej felernej kasy, aż tu niespodziewanie wyskoczyli zza autobusu szaleni „taxi drivers” i osaczyli nas niczym hieny. Wytykali autobus palcami nagabując, że „on okrada turystów, bo chcą aż 6 euro za przejazd, a oni (niczym dobrotliwi apostołowie) oferują nam komfortową podróż za 7 euro” (1 euro różnicy, biznes życia!). Z drugiej strony, nie pozostało nam już nic innego – bynajmniej nie uśmiechało nam się stać drugie tyle w kolejce, a na dłuższą metę faktycznie, 4,15686143 złotego polskiego więcej to przecież nie fortuna.

Zapakował nas (wraz z piątką innych turystów) do swojego czarnego vana, zebrał tyle pieniędzy, ile trzeba i ruszyliśmy w drogę. Pędziliśmy jak strzała włoskimi autostradami. Faktycznie, wybraliśmy zdecydowanie bardziej opłacalną i wygodniejszą opcję. Co więcej jadąc tak przez czterdzieści minut, prócz niezobowiązujących rozmów z resztą pasażerów, mieliśmy okazję podziwiać Sycylię w całej swej okazałości również z innych perspektyw – włoskich wsi, włoskich rozdroży, włoskich miasteczek oraz przejeżdżaliśmy wymyślnymi tunelami, wykopanymi wzdłuż gór i wyprzedzaliśmy innych uczestników ruchu drogowego jak popadnie niczym Struś Pędziwiatr.

Palermo Centrale

Dojechaliśmy na miejsce. Dworzec kolejowy „Palermo Centrale” rozpostarł się przed naszymi oczyma, a szalony taksówkarz pomachał nam na pożegnanie wołając „w drodze powrotnej też jeźdźcie z nami, a nie tym złodziejskim busem!”. Pocieszające, jak komfort turystów jest czule pielęgnowany przez lokalnych, transportowych prywaciarzy. Odsapnęliśmy chwilę po podróży i ruszyliśmy w stronę wskazanego przez GPS adresu naszego hotelu. Przeprawa ta nie należała jednak do najłatwiejszych.

Po mojej podróży do Amsterdamu, myślałam, że tylko w Holandii na ulicy spotkamy jednocześnie samochody, rowery, tramwaje, motory i przebiegających pieszych, w akompaniamencie zepsutej sygnalizacji świetlnej (lub niemającej żadnego znaczenia). Dla odmiany we Włoszech na bardziej uczęszczanej drodze spotkamy zarówno samochody, rowery, tramwaje, motory, przebiegających pieszych jak i… konie. W takich warunkach, przebrnięcie na drugą stronę ulicy bez przejścia podziemnego graniczyło z cudem. Nie udało nam się niestety takowego znaleźć. Co więcej, cały czas do końca nie wiedzieliśmy, czy idziemy w dobrą stronę.

Na sycylijskich drogach

Słów kilka o kulturze drogowej na Sycylii. Tak jak nasi rodacy, prócz nieprzestrzegania ograniczeń prędkości, są niezwykle wyczuleni na wykroczenia typu: jazda pod prąd, kręcenie się na rondzie, pomylenie strony na drodze jednokierunkowej, wciśnięcie się podczas skręcania na drodze kilkupasmowej i są gotowi tłumnie takiego delikwenta obtrąbić pokazując mu, gdzie jest jego miejsce… tak we Włoszech wszystkie samochody są po równo tymi „delikwentami”. Każdy na każdego trąbi, każdy przed każdego się wciska, a stłuczka nie robi już na nikim wrażenia.

Autentycznie, zrobiliśmy z moim lubym eksperyment, polegający na badaniu przeróżnych doznanych szkód wśród samochodów stojących na parkingach. Jakie są tego rezultaty? Średnio co szósty samochód jest… bez szwanku. Pozostałe pięć, a to mają obity zderzak, a to nie mają lusterka, a to widnieją ekstrawaganckie wgniecenia w masce, a to ułamane drzwi, a to stłuczone przednie czy tylnie światła. Każdy samochód miał coś „nadwyrężone”.

Dodatkowo, patrząc zarówno na kulturę ruchu drogowego, jak i stan samochodów, można spostrzec, że mieszkańcy Palermo kompletnie się tym nie przejmują. Te samochody nie wyglądały jakby „po dziesięciu naprawach, ale znów przytrafił się nieszczęśliwy wypadek”. Po bliższych obserwacjach aut jeżdżących jak gdyby nigdy nic po ulicy, również zauważalne były „nigdy nienaprawiane” ślady wypadków. Włosi po prostu się tego nie wstydzą. Wklęśnięcia, stłuczenia, wybite szyby… to jest tak naturalne jak u człowieka złamana ręka lub noga. Z tą drobną różnicą, że ludzkie kończyny prędzej czy później się zrosną (z pomocą gipsu lub innych środków), a zniszczone części samochodu niekoniecznie. Lecz po cóż zaprzątać sobie tym głowę – samochód sąsiada nie lepszy!

Zagubieni na ulicach Palermo

Zgubiliśmy się jak nigdy. Nawigacja zaczęła świrować, a my beznamiętnie krążyliśmy w kółko. W tej sytuacji, jedynym wyjściem, jakie nam pozostało, było pytanie się lokalnych mieszkańców o drogę (wedle mapy, hotel był naprawdę blisko). Podeszliśmy więc do grupy Włochów majstrujących w garażu – w składzie czterech dorosłych i jedno dziecko w wieku szkolnym. Pokazujemy im na mapie nazwę naszego hotelu, pokazujmy im ulicę, pytamy po angielsku jak najpłynniej tylko się da „jak dotrzeć do hotelu?”, „gdzie jest ta ulica?”, „jest z drugiej strony drogi czy z drugiej strony budynku?”, „gdzie jest ewentualne przejście dla pieszych?”…

Panowie patrzą na nas jak na kosmitów po czym tłumaczą absolutnie wszystko po włosku, żywo przy tym gestykulując. Scena jest z niskobudżetowej komedii. My do nich po angielsku, oni do nas po włosku. My im tłumaczymy, że mówimy jedynie po angielsku, po włosku „no no no notning”, oni twierdzą, że w zupełności to rozumieją, po czym nadal kontynuują dialog w ojczystym języku.

Po pewnym czasie zrezygnowani podziękowaliśmy i już mieliśmy udać się na poszukiwanie innych „ofiar”, które łaskawie wytłumaczyłyby nam trasę aż tu nagle… siedzący dotychczas cicho chłopiec wybiega za nami z garażu (nie odeszliśmy na szczęście daleko). Łamaną angielszczyzną stara się wskazać nam najbliższe światła oraz wytłumaczyć, że hotel jest dokładnie „tu gdzie stoimy, ale z drugiej strony ulicy”. Nieco zszokowani podziękowaliśmy uprzejmie i udaliśmy się wedle wskazówek małego Włocha. Ku naszemu jeszcze większemu zdziwieniu, wszystkie jego instrukcje były… trafione. Przed nami ukazała się wielka kamienica z jeszcze większą metalową bramą. W rogu znajdował się domofon z wypisanymi nazwiskami lokatorów oraz prywatnymi usługami. Adwokat… Prywatne Przedszkole… Escape Room… o! Jest i nasz hotel!

Hotel i kolacja w jaskini

Zameldowaliśmy się czym prędzej i odstawiliśmy nasze ciężkie torby (do pokoju udekorowanego na wzór „Piratów z Karaibów”), z którymi wlekliśmy się tyle czasu. Po podpisaniu odpowiednich formalności mogliśmy wreszcie beztrosko wybrać się na tradycyjną, włoską kolację. Właścicielka naszego hotelu okazała się być niezwykle ciepłą, pomocną kobietą i przed wyjściem wręczyła nam mapę z rozrysowanymi najlepszymi atrakcjami Palermo oraz poleciła kilka niedrogich knajp z lokalną kuchnią sycylijską. Przebraliśmy się z ubrań „do samolotu” w uprzednio spakowane eleganckie stylizacje oraz ruszyliśmy wedle zaleceń przemiłej Włoszki.

Poleciła nam osobliwą knajpę, wystylizowaną na kształt groty. Choć z zewnątrz restauracja wyglądała jak każda inna, wnętrze naprawdę robiło wrażenie. Pozornie niewielka przestrzeń, ciągnęła się tunelami wysadzanymi jaskiniowymi kamieniami we wszystkie możliwe strony. Mimo, że była to dekoracja na pozór prosta i bez fajerwerków, uczyniła naprawdę miły klimat, miłej kolacji, w miłym gronie na italijskich ziemiach. Dzień pierwszy bez dwóch zdań oficjalnie uważam za udany.

SYCYLIA. CZ.1

dav

Powiązane posty

4 komentarze na temat “Andrea Kurylewiano – Włoskie Drogi. Palermo, Sycylia, cz.2”

  1. wktorastrone.pl napisał:

    Taka sama kultura jazdy jak na Malcie 😉 wszak są jak sąsiedzi 😉

  2. Sarowly napisał:

    O kurczę, ale szaleńcy na tych drogach! Nie poradziłabym sobie tam za kierownicą 😀 Ale za to Palermo takie piękne…

  3. Darek napisał:

    fajny rzeczowy opis, lekko brakuje mi większej ilości fotografii, ale miło się czyta.

  4. Filip Turczyński napisał:

    To jest tak strasznie nie fair! Zawsze chciałem jechać na Sycylię i teraz wam zazdroszczę!

Dodaj komentarz